niedziela, 29 grudnia 2013

Atramentowe serce

Cornelia Funke jest znaną niemiecką autorką książek dla młodzieży. W dzieciństwie czytałem jedną jej książkę (był to Król Złodziei), która spodobała mi się na tyle, że postanowiłem sięgnąć po inne jej powieści. Dopiero po wielu latach udało mi się to uczynić. Oto pierwszy tom popularnej trylogii, zatytułowany Atramentowe serce.

Maggie to dwunastoletnia dziewczynka, która żyje wraz z ojcem, nazywanym przez nią po prostu Mo. Matka Maggie zniknęła 9 lat temu i dziewczynka już dawno się z tym pogodziła. Całym jej światem są książki, a pasję tę przeszczepił jej ojciec, zawodowo zajmujący się introligatorstwem.
Pewnej nocy odwiedza ich dziwny mężczyzna, by ostrzec przed czymś Mo. Maggie nie może znieść, że ojciec skrywa przed nią jakieś sekrety. Nic nie wyjaśniając dziewczynce, nazajutrz decyduje o wyjeździe na południe. Okazuje się, że w wyniku wypadków zaistniałych w przeszłości, na Mortimera wciąż czyha niebezpieczeństwo, a Maggie wkrótce pozna całą prawdę.

Co z pewnością można powiedzieć to to, że autorka posiada bardzo dobry warsztat. Używa różnych konstrukcji, przez co styl powieści jest urozmaicony. Doskonale rozumie potrzeby dzieci i poprzez postępowania i myśli Maggie odpowiednio je odwzorowuje.

Fabuła nie do końca mnie wciągnęła. Pomysł, na którym opiera się Atramentowe serce jest ciekawy - nie chcę zdradzać go tym, którzy nie przeczytali książki, ale wiąże się on z faktem, dla którego ojciec Maggie, mimo miłości do książek, nigdy nie przeczytał córce ani kawałka na głos. Największą jednak bolączką tej pozycji jest jej rozwlekłość. Powieść jest zdecydowanie za długa. Wiele fragmentów spokojnie można by opuścić, a opisy skrócić.

Spodziewałem się czegoś bardziej fascynującego, jednak Atramentowe serce mojej miłości sobie nie zaskarbiło. Jest to dość przyjemna książka, lecz nie zaskakuje swoją treścią. Może jedynie niektórzy bohaterowie, jak np. Smolipaluch, zasługują chociażby na napomknięcie, gdyż tu autorce udało wykreować się oryginalną i niepowtarzalną postać. Ogółem - powieść stoi na przyzwoitym poziomie, ale niektórych historia w niej zawarta nie porwie.

Ocena: przeciętna

piątek, 27 grudnia 2013

Aktualności - grudzień 2013

Święta minęły i wszystko powoli wraca do normy. Mam nadzieję, że spędziliście ten czas radośnie, wspólnie z rodzinami i przyjaciółmi.
Zbliża się koniec roku, a więc czas podsumowań! Jak oceniacie ten rok? Dla mnie okazał się bardzo dobry, także pod względem książkowym :) 
Niedawno blog przekroczył liczbę stu obserwatorów, za co serdecznie Wam dziękuję! W najbliższym czasie postaram się dodawać recenzje nieco częściej, bo nazbierało się sporo zaległości. Po nowym roku zamieszczę podsumowanie podobne do tego sprzed roku. Mam zamiar także zorganizować wreszcie jakiś mały konkurs, a więc czekajcie cierpliwie (i obym tej cierpliwości nie nadużył :P).
Życzę Wam już teraz, aby kolejny rok przyniósł Wam wiele radości i emocji związanych z książkami! I oby udało przeczytać się jeszcze więcej jeszcze ciekawszych powieści. Trzymajcie się ciepło!


A teraz pochwalcie się, dostaliście jakieś książki pod choinkę? :)

czwartek, 19 grudnia 2013

Między młotem a piorunem

To jest recenzja trzeciego tomu Kronik Żelaznego Druida. Recenzje poprzednich tomów: Na psa urok, Raz wiedźmie śmierć.


Atticus O'Sullivan powraca w kolejnej części Kronik Żelaznego Druida. Między młotem a piorunem Kevina Hearne'a tym razem koncentruje się na mitologii nordyckiej. Mitologia ta jest bardzo popularna, na pewno więc zachęci niektórych czytelników do sięgnięcia po serię o 2100-letnim druidzie.

W końcu nadszedł czas pogromu Thora. Okrutny bóg piorunów wyrządził w przeszłości wiele krzywd przyjaciołom Atticusa i teraz, w ramach spłaty długu, druid musi pomóc im w jego zagładzie. Plan jest na tyle szalony, że nie obejdzie się bez ostrzeżeń, choćby ze strony... Jezusa. Wyprawa do Asgardu z żądnymi krwi Thora przedstawicielami różnych gatunków (m.in. wilkołaka i wampira) to główny trzon trzeciej części Kronik Żelaznego Druida, ale na Atticusa czyha jak zwykle wiele innych niebezpieczeństw. Ponadto jego nowym obowiązkiem jest nauka Granuaile na druidkę, a więc wypadałoby przeżyć przez kolejne 12 lat. Ale czy zemsta na Thorze nie jest zbyt odważnym krokiem?

Między młotem a piorunem odrobinę różni się od poprzednich tomów. Tym razem druid wyrusza na daleką wyprawę, podczas której dowie się wiele o swoich przyjaciołach z Tempe. Ponownie wiele humoru wprowadza Oberon, pies Atticusa, z którego odzywek nie można się nie śmiać. Druga połowa powieści jest natomiast o wiele bardziej dramatyczna. Nie ma tam już miejsca na żarty. Druid obiecał pomóc w zemście na Thorze, lecz dopadają go wątpliwości, czy to aby na pewno dobry pomysł. Objawia się też jego inne oblicze, podczas wspomnień o swojej miłości, którą utracił setki lat temu.

Kevin Hearne doskonale spełnia się w pisaniu Kronik Żelaznego Druida. O jego dowcipności możemy przekononać się już z wskazówek dotyczących wymowy nordyckich nazw zawartych na wstępie. Autor dba o fakty historyczne i widać, że dysponuje sporą wiedzą na temat historii. Zabrakło mi jedynie paru dodatkowych informacji o Asgardzie i mitologii - albo mi gdzieś umknęły, albo po prostu autor ich nie umieścił.

Wielbicieli rudego Irlandczyka tworzącego magiczne sploty chyba nie trzeba przekonywać, innych natomiast zachęcam do zapoznania się z przygodami Atticusa. Co prawda dwa poprzednie tomy podobały mi się bardziej, ale może jest to kwestia tematyki Między młotem a piorunem. Za to tych, których interesuje mitologia nordycka, na pewno zadowoli to inne, ciekawe spojrzenie na całą rzecz. To dobra i niesztampowa fantastyka!

Ocena: dobra

czwartek, 12 grudnia 2013

Mechaniczny anioł

Książki Cassandry Clare cieszą się wielką popularnością. Sam nie miałem nigdy okazji sprawdzić na sobie, czy jej powieści faktycznie pochłaniają czytelnika. Na szczęście dzięki wspaniałemu Mikołajowi w końcu udało mi się przeczytać Mechanicznego anioła, pierwszy tom trylogii Diabelskie maszyny.

Londyn 1878, czasy wiktoriańskiej Anglii. Do stolicy z odległego Nowego Jorku przybywa szesnastoletnia Tessa Gray. Jej brat od pewnego czasu przebywa w Londynie i to właśnie dla niego Tessa pokonuje ocean. Niestety już w porcie czeka ją przykra niespodzianka. Nieświadoma niebezpieczeństwa zostaje porwana przez Mroczne Siostry, dwie czarownice. Okazuje się, że Tessa skrywa nadzwyczajną moc przemiany, której pożąda tajemniczy Mistrz. Wkrótce dowiaduje się o istnieniu Podziemnego Świata (czarownic, wampirów, wilkołaków i faerie) oraz Mrocznych Łowców - Nefilim sprawujących pieczę nad światem Podziemnych.

Clare położyła duży nacisk na charakter postaci i relacje pomiędzy bohaterami. O każdym z nich dowiadujemy się stopniowo coraz więcej, co okazało się zaskakująco przyjemne. Nie sądziłem nawet, że interesujące rozmowy bohaterów okażą się dla mnie ciekawsze, niż sceny akcji! Dialogi są błyskotliwe i naturalne, nie brakuje w nich mądrości oraz szczypty humoru.

Wątek romantyczny z początku niczym nie zaskakuje. Wydaje się, że przypomina zwykły, schematyczny romans z powieści paranormal romance. Jednakże rozwija się on dość spokojnym tempem i kończąc pierwszy tom czytelnik wciąż nie wie, jak owy wątek się zakończy.

Świat przedstawiony w powieści został bardzo ciekawie odwzorowany. Autorka za tło podstawia prawdziwe miejsca Londynu, możemy więc poczuć jego mglistą atmosferę. Znajdziemy tu też elementy steampunku - tytuł trylogii od czegoś w końcu się wziął.

Diabelskie maszyny w końcu zyskały nową szatę graficzną - chyba większość się ze mną zgodzi, że nowe okładki są o niebo lepsze od poprzednich. W środku wydania niestety wciąż natknąć się można na wiele literówek. Najważniejsze jednak, że z powieści czerpie się przyjemność. Cassandra Clare udowadnia, że jest dobrą autorką, od której pisania mogłyby się uczyć inne autorki gatunku. Z pewnością Mechaniczny anioł jest godny polecenia.

Ocena: dobra

czwartek, 5 grudnia 2013

Manitou

Czasami zdarza mi się sięgnąć po jakąś książkę zupełnie spontanicznie, bez żadnego przemyślenia. Tak właśnie postąpiłem z Manitou. O autorze wcześniej słyszałem, ale nie wiedziałem nic na temat jego książek. Niemal przypadkowo zajrzałem na tył okładki jednej z jego powieści, gdzie znalazłem krótki opis - coś o indiańskiej magii i nadprzyrodzonych mocach. Ponieważ z podobną historią nie miałem jeszcze do czynienia, rozpocząłem lekturę debiutu Grahama Mastertona pod tytułem Manitou.

Harry Erskine to jasnowidz zamieszkały w Nowy Jorku. No, może moce głównego bohatera nie do końca odpowiadają wyobrażeniom jego klientów, ale najważniejsze, że Harry ma stałe źródło utrzymania. Wszystko układa mu się jak najlepiej, do czasu aż przybywa do niego młoda kobieta, Karen Tandy. Na jej karku z zatrważającą szybkością rośnie dziwny guz, a lekarze nie są pewni z czym mają do czynienia. Karen postanowiła więc zapytać o radę kogoś, kto zna się na nadnaturalnych przypadkach. Widząc powagę sytuacji i zagrożenie życia kobiety, Harry sprowadza prawdziwych specjalistów. Tymczasem guz powiększa się do ogromnych rozmiarów. Podejrzenie pada na próbującego odrodzić się indiańskiego szamana Misquamacusa. Zagrożona jest więc nie tylko Karen, ale i cały Nowy Jork.

Tak naprawdę nie spodziewałem się niczego niezwykłego po tej książce, ale muszę przyznać, że jest to całkiem dobry horror. Kiedy rozpoczyna się właściwa akcja, autor żongluje makabrycznymi scenami, od których ciarki mogą przejść po plecach. Bardzo ciekawym konceptem było oparcie powieści o indiańską magię. By przeciwdziałać złu, konieczne jest przyzwanie odpowiednich demonów.

Główna postać to tradycyjny bohater próbujący ratować wszystko za wszelką cenę. Nie jest wszechmocny, ale w zwycięstwie pomagają mu inni. Ta wygrana jest jednak niepewna. Indiański szaman posiada olbrzymią moc, z którą niezwykle trudno walczyć. Wydaje się, że sytuacja jest skrajnie beznadziejna, tym bardziej, że nie wszyscy chcą wierzyć w istnienie pradawnych demonów.

Manitou rozpoczyna cykl o Harrym Erskine, jego przyjacielu Śpiewającej Skale i ich przeciwniku Misquamacusie. Prostota fabuły sprawdza się tu w zadowalającym stopniu, a powieść czyta się z zaciekawieniem. Co prawda rozwiązanie problemu zdało mi się trochę dziwne, ale na to da się przymknąć oko. Może nie zostanę fanem Mastertona, natomiast z ciekawością zajrzę do kolejnego tomu, bo ten wywarł na mnie całkiem pozytywne wrażenie.

Ocena: dobra

czwartek, 28 listopada 2013

Ulysses Moore (Tomy 1-6)

Wrota czasu - Antykwariat ze starymi mapami - Dom luster - Wyspa masek - Kamienni strażnicy - Pierwszy klucz


Dziś chciałbym przedstawić serię, która swój początek miała w 2006 roku. Wtedy też udało mi się wejść w wrota czasu, zatracić w lekturze i przeżywać niesamowite przygody z bohaterami. Z niecierpliwością czekałem na każdy kolejny tom, z którym natychmiast musiałem się zapoznać. Oto magiczna seria Ulysses Moore.

Na samym wstępie mamy przyjemność przeczytać wiadomość, jakoby od tłumacza książki, o tym, jak w jego ręce dostał się kufer z zeszytami i fotografiami. O tym, że miejscowości Kilmore Cove w Kornwalii nie można znaleźć na mapie. A także o tym, że tłumaczowi właśnie udało się odkodować pierwszy zeszyt, którego treść następuje potem.
Tak poznajemy rodzeństwo Julię i Jasona Covenantów, którzy właśnie wprowadzają się do niesamowitej Willi Argo położonej nad urwiskiem w Kilmore Cove. Domem opiekuje się stary, mrukliwy ogrodnik o imieniu Nestor. Dzieciom wydaje się, że Willa Argo skrywa jakąś tajemnicę i bez wątpienia leży ona za podniszczonymi drzwiami o czterech zamkach, których nie da się otworzyć. Wraz z nowo poznanym kolegą Rickiem Bannerem próbują przekroczyć ich próg.

Nietrudno domyślić się, czym są niechcące otworzyć się wrota, ale dopiero w następnych tomach przyjdzie nam przeczytać o podróżach w czasie, m.in. do starożytnego Egiptu. Pierdomenico Baccalario (autor, przedstawiający się jako tłumacz) kończy wszystkie tomy w momencie, w którym czytelnik czuje się porzucony w środku historii, dlatego też najlepiej potraktować sześć tomów jako całość.

Od Wrót czasu do Pierwszego klucza mija ledwie parę dni, akcja jest więc bardzo szybka. Spodobało mi się, że autor w każdej części posługiwał się różnymi gatunkami, np. w drugim tomie roi się od zagadek w stylu Indiany Jonesa, trzeci jest pełen humoru, a piąty wywołuje dreszczyk strachu. We wszystkich pojawia się mnóstwo tajemnic, ale najważniejszą z nich jest to, kim jest Ulysses Moore. Bohaterowie pokonają niejedną trudność, by odkryć kolejne sekrety Kilmore Cove i wrót czasu.

Pochwalić trzeba także przepiękną oprawę graficzną. Charakterystyczne okładki przyciągają wzrok, a pod obwolutą można ujrzeć nie mniej fantastyczne, stylizowane na stare książki oprawy. Cóż rzec więcej? Ulysses Moore to świetna seria dla młodzieży, która może zachęcić do czytania nawet tych niesięgających po książki (potwierdzone empirycznie! - za czasów gimnazjum udało mi się rozsławić serię w klasie :)). Zagadkowy klimat Kilmore Cove i dzienniki Ulyssesa Moore'a to coś, co warto poznać.

Ocena: świetna

czwartek, 21 listopada 2013

Księga cmentarna

Powieści Neila Gaimana cieszą się niesłabnącą popularnością i nikt nie powinien się temu dziwić. Znakomity pisarz fantastyki nie raz udowodnił, jak wielką wyobraźnią dysponuje. Nie inaczej jest w przypadku Księgi cmentarnej, osobliwej historii o chłopcu żyjącym na cmentarzu.

A wszystko zaczyna się w noc, w którą pewien mężczyzna, spełniając swą misję, zabija niewinną rodzinę. Wydawałoby się, że nic nie może pójść nie tak, jednakże mordercy wymyka się najmłodszy członek rodziny, ledwie niemowlak. Chłopiec dociera aż na cmentarz położony na wzgórzu, gdzie zostaje adoptowany przez parę duchów i nazwany imieniem Nikt. Tutaj spędza swoją młodość, obdarzony tak zwaną Swobodą Cmentarza. Ale poza bezpiecznym miejscem wciąż czyha morderca.

Pierwsze co nasuwa się na myśl czytając Księgę cmentarną to fakt, że książka ta jest zupełnie inna od reszty nam znanych. Nie podąża ona żadnym schematem. Wydaje się wręcz (przynajmniej z początku), że nie ma tu ciągu przyczynowo-skutkowego. Jest tylko Nikt Owens i jego znajomi z cmentarza. Chłopiec pobiera nauki, uczy się obserwować i pod opieką ni to żywego, ni martwego Silasa zdobywa kolejne doświadczenia.

Przez konstrukcję powieści tok zdarzeń toczy się powolnym tempem. Każdy rozdział skupia się na innej historii, ale też każdy z nich jest potrzebny całej opowieści. Powoli zbliżamy się do najważniejszego starcia w życiu Nikta. I jeśli nawet akcja was nie porwie, warto doczytać Księgę cmentarną do ostatniej kartki. Całe jej piękno kumuluje się w końcowym rozdziale, po którego przeczytaniu nikt nie powinien żałować decyzji o sięgnięciu po to niedługie dzieło Gaimana.

Pytanie do kogo skierowana jest powieść może wywołać dyskusję. Bohaterem powieści jest chłopiec, wpierw kilkuletni, potem ledwie nastolatek. Nie powinno to jednak zniechęcać utwierdzonych w swej dojrzałości czytelników. Jeśli znacie już pióro Gaimana, wiecie dobrze czego można się spodziewać w tym względzie. Neil Gaiman nie pisze do określonej grupy wiekowej, pisze po prostu dla człowieka. Natomiast całokształt Księgi cmentarnej określić można zdecydowanie niepowtarzalnym.

Ocena: dobra

poniedziałek, 11 listopada 2013

Światła września

Światła września to trzecia powieść Carlosa Ruiza Zafóna, znanego hiszpańskiego pisarza. Podobnie jak dwie poprzednie (Książę Mgły oraz Pałac Północy) wpisuje się w gatunek powieści dla młodzieży.

W Światłach września przenosimy się do roku 1936. Po śmierci męża, Simone Sauvelle wraz z dwójką dzieci - Irene i Dorianem - wprowadza się do nadmorskiego domu, dzięki uprzejmości Lazarusa Janna, projektanta zabawek. Tajemniczy Lazarus mieszka w jeszcze bardziej tajemniczej, ogromnej rezydencji zwanej Cravenmoore. Spokojne dni przerywa niespodziewana śmierć młodej Hannah, kucharki w domu Lazarusa. Irene oraz kuzyn zmarłej, Ismael, próbują dowiedzieć się więcej o okolicznościach wypadku, podczas których odkryją wiele sekretów doświadczonego zabawkarza.

Podobnie jak w poprzednich powieściach Zafóna, stawia on na mistyczną atmosferę. Bohaterowie to tutaj raczej standardowe, nieskomplikowane sylwetki. Oczywiście poza stanowiącym oś fabuły, nieodgadnionym Lazarusem Jannem, którego stopniowo poznajemy coraz lepiej. Na szczęście każda z postaci jest wierna sobie, zachowania pasują do charakterów.

Prawdę powiedziawszy powieść ta mnie jednak zawiodła. Po przeczytaniu paru innych książek autora, w tej nie znajdziemy nic nowego. Dostrzeżemy tu wręcz wiele podobieństw, np. do Mariny, gdzie grozę budziły mroczne kukły, a tu: bardzo podobne zabawki-roboty. Nawet piękny styl pisania nie wywarł na mnie tym razem takiego wrażenia, jak w innych dziełach Zafóna. Nie mam pojęcia co było przyczyną takiego odbioru. Być może sięgnąłem po Światła września w nieodpowiednim czasie, kiedy magia płynąca z kart książki zupełnie do mnie nie dotarła.

Mimo iż z trzech pierwszych powieści Hiszpana ta oceniana jest przez ogół czytelników najlepiej, dla mnie okazała się rozczarowaniem. Pomimo tego polecam powieści Carlosa Ruiza Zafóna wszystkim tym, którzy jeszcze nie mieli okazji się z nimi zapoznać.

Ocena: przeciętna

sobota, 26 października 2013

Wariant

Dla fanów GONE - widnieje na okładce powieści Wariant Robisona Wellsa. Jak wiadomo, nie zawsze należy ufać takim zapewnieniom. Czy w przypadku Wariantu warto brać pod uwagę to stwierdzenie, czy lepiej od razu puścić je w niepamięć?

Siedemnastoletni Benson żył dotychczas w wielu rodzinach zastępczych i w żadnej z nich nie zagrzał miejsca na dłużej. Teraz postanowił przenieść się do Akademii Maxfield, z którą wiąże nadzieje na nowe życie. Nie oczekiwał jednak zupełnie tego, co ujrzał za wielkim murem otaczającym szkołę. Akademia Maxfield okazała się być szkołą, w której za wszystko odpowiedzialni są uczniowie, a dorosłą osobę ujrzeć można jedynie na ekranie telewizora. Bensonowi przypomina to więzienie i od samego początku planuje ucieczkę. Niestety, najwyraźniej nie jest to możliwe, o czym przekonali się już uczniowie Akademii - podzieleni na trzy grupy: Porządkowców, Pustoszycieli i Wariantów. Benson będzie musiał dołączyć do jednej z nich, aby przetrwać w szkole z dziwacznymi zasadami, ale ani na moment nie odpuszcza myśli o ucieczce.

Można zauważyć, że rzeczywiście istnieje tu podobieństwo do serii GONE - Zniknęli. Tak jak i w ETAP-ie, tak samo w Akademii Maxfield nie ma ani jednego dorosłego. Wszystkie nastolatki są zdane wyłącznie na siebie. Każda grupa wykonuje przydzielone im obowiązki, a w nagrodę otrzymuje punkty, które wymieniać może na nagrody. Uczniowie zdają się akceptować stan rzeczy, czego Benson wprost nie może znieść. Mimo że jego wcześniejsze życie nie było lepsze, nie potrafi godzić się na więzienie w gmachu szkoły.

Robison Wells (prywatnie brat Dana Wellsa, również pisarza) serwuje nam wiele zwrotów akcji. Benson postawiony jest w sytuacji, w której nie może ufać absolutnie nikomu, co dodaje dramatyzmu. Nie można narzekać na kreację bohaterów, która wydała mi się bardzo udana i ciekawa. Jedynym mankamentem są niedokładne, skrócone opisy, przez które czasami trudno zorientować się miejscu przebywania bohaterów.

Czy więc poleciłbym Wariant fanom GONE? Myślę, że nie tylko im. Powieść Wellsa przywodziła mi na myśl także inne książki, ale żadnej na tyle, aby nazwać ją skopiowanym pomysłem. Nie jest to powielona, kolejna taka sama historia. Jeśli jesteście ciekawi, co miał na celu projekt Akademii Maxfield (a przypuszczam, że każdy chociaż odrobinę chciałby to wiedzieć) i przy okazji spędzić dobrze czas - sięgnijcie po Wariant.

Ocena: dobra

sobota, 12 października 2013

Kobieta w czerni

Jest taka grupa książek, które wydawane są w naszym kraju dopiero przy okazji powstania ekranizacji. Do grupy tej należy Kobieta w czerni, powieść gotycka napisana przez Susan Hill w 1982 roku, a w Polsce wydana 30 lat później nakładem wydawnictwa Amber.

W tej przesyconej ponurym nastrojem powieści poznajemy Arthura Kippsa, ustatkowanego mężczyznę, którego życie, jak się zdaje, ułożyło się po najlepszej myśli. A jednak to tylko pozory, gdyż pewna historia z przeszłości nie pozwala mu uzyskać pełni spokoju. Jako młody mężczyzna był świadkiem wstrząsającego incydentu, po którym na zawsze pozostał innym człowiekiem. Działo się to w zapomnianych rejonach Anglii, do których został wysłany w celu uporządkowania papierów po zmarłej pani Drablow. Już w czasie podróży do odległego miasteczka spotkał się z niezrozumiałą niechęcią mieszkańców do całej sprawy. Jaką tajemnicę kryje odizolowany, położony wśród bagien dom po pani Drablow?

Kobieta w czerni jest niedługą powieścią z jednym wątkiem, utrzymaną w klimacie grozy. Autorka maluje obrazy zamglonych, listopadowych równin i trzęsawisk w sugestywny sposób, który doskonale pozwala wczuć się w klimat. Dom na Węgorzowych Moczarach budzi niepokój, a najintensywniejszy strach wywołuje zamknięty pokoik dziecięcy. Wrażenia, których doświadcza główny bohater, z pewnością wyczerpałyby niejednego śmiałka. Starającego się patrzeć na świat racjonalnie Arthura, sytuacja wprawi w poważny frasunek.

Powieść Susan Hill najlepiej przeczytać za jednym zamachem lub przynajmniej nie przerywać jej czytania za często, aby odpowiednio wczuć się w nastrój Węgorzowych Moczar. Wtedy lektura robi na czytelniku największe wrażenie. Niepokój narasta z kolejnymi stronami powieści, aż w końcu strach łapie czytelnika w swoje szpony.

Niektórzy po skończeniu Kobiety w czerni mogą poczuć niedosyt, ale w gruncie rzeczy jest to bardzo przejmująca pozycja. Wystarczy wsiąknąć atmosferę, która mgłą osnuwa każdą stronę powieści; zatopić się w czytanych słowach, składających się na historię domu na Węgorzowych Moczarach i tajemniczej, tytułowej postaci. Dreszcz emocji gwarantowany. Szczególnie, gdy za czytanie zabierzemy się właśnie w czasie jesiennej aury...

Ocena: dobra

wtorek, 24 września 2013

Metro 2033

Metro 2033 osiągnęło wielki sukces. Powieść Dmitrija Głuchowskiego stała się inspiracją dla wielu innych pisarzy, osadzających fabułę w środowisku postapokaliptycznym. A jak wygląda to w moich oczach, przeczytacie niżej.

Po katastrofie nuklearnej ludzie schronili się pod ziemią. Śmiercionośne promieniowanie wciąż się utrzymuje, ale ludzkość i tak zapomniała już o życiu na powierzchni. Teraz jej całym światem są tunele metra. Wytworzyły się w nich małe społeczności, osiadłe każda na swojej stacji. Podziemie nie jest bynajmniej oazą spokoju. W ciemnych tunelach czai się mnóstwo niebezpieczeństw.

W moskiewskim metrze na stacji WOGN zaczyna się rodzić niepokój, spowodowany napadami budzących grozę wyewoluowanych istot. Jeden z mieszkańców stacji, dwudziestoletni Artem, niespodziewanie natyka się na tajemniczego człowieka. Wyznacza mu on misję, od której mogą zależeć losy całego metra. Artem nigdy nie zapuszczał się wgłąb metra dalej niż parę stacji. Teraz przyjdzie mu skonfrontować nienapawające optymizmem historie z rzeczywistością.

Jeszcze przed rozpoczęciem lektury, zajrzałem do dołączonej do książki mapki przedstawiającej moskiewskie metro. Plan opatrzony jest przeróżnymi symbolami, oznaczającymi np. Czwartą Rzeszę, stacje zajęte przez mutanty, zagrożenie psychiczne... zapowiada się dobra "zabawa" - pomyślałem. I faktycznie, podczas całej powieści Artem stawi czoła niejednemu niebezpieczeństwu napotkanemu w tunelach. Na studiowanie planu i poszukiwanie wspominanych przez bohaterów stacji schodzi sporo czasu.

Autor nie szczędzi słów. Mieszkańcy metra to w dużej mierze gawędziarze, których główną rozrywką jest opowiadanie sobie niesamowitych opowieści z najdalszych stacji w długich monologach. Liczne opisy wytwarzają odpowiednią atmosferę i pozwalają dogłębnie poznać nowe, ogarnięte marazmem społeczeństwo. Zaznajamianie się z tym światem to prawdziwa frajda dla każdego wymagającego entuzjasty science fiction. Metro jest różnorodne. Jedne stacje do cna przeniknął strach, podczas gdy inne tętnią życiem.

Niestety i Metro 2033 nie ustrzegło się wad. W pewnym momencie pojawiają się dość tandetne zagrania ze strony autora, które absolutnie nie pasują do historii. Zakończenie zakrawa o absurd. Autor raczy sobie żartować! Wyjaśnienie przedstawione na końcu jest niespójne z tym, o czym można było czytać przez całą książkę. Jedynym ratunkiem dla tej wersji jest uznanie Artema za niezrównoważonego psychicznie. A skoro mowa o głównym bohaterze: nie był on postacią charyzmatyczną, ale cóż, nie każdy bohater musi mieć silną osobowość.

W późniejszym wydaniu do głównej powieści dołączony jest bonus w postaci alternatywnego zakończenia. Przez większość osób uznany on zostanie za zupełnie niepotrzebny. Mam wrażenie, że autor się zreflektował i dodał parę słów, żeby zakończenie stało się spójniejsze. Nie trzeba jednak go uznawać.

Nie potrafię ocenić książki na podstawie brzydkiego cienia, rzucanego na całą powieść przez fatalne w mojej opinii zakończenie; choć druga połowa także nieco kulała, pierwsza pozostawiła rewelacyjne wrażenie. Całościowo więc...

Ocena: dobra

czwartek, 19 września 2013

Ogień

To jest recenzja drugiej części trylogii Krąg. Recenzja pierwszego tomu tutaj.

Szwedzki duet złożony z Matsa Strandberga i Sary B. Elfgren powraca z drugą częścią magicznej trylogii, której akcja odbywa się w posępnym miasteczku Engelsfors. Ogień rzuca nowe światło na życie Wybrańców. Jest jeszcze mroczniej, jeszcze niebezpieczniej i jeszcze bardziej wzruszająco.

W pierwszym roku liceum wybranych zostało siedmioro nastolatków, którzy mają stoczyć walkę z demonami i uchronić świat przed zbliżającą się apokalipsą. Teraz została ich tylko piątka. Minoo, Linnéa, Vanessa, Anna-Karin i Ida rozpoczynają drugą klasę. Wokół nich pojawia się coraz więcej mrocznych znaków. Demony nie odpoczywają i wciąż próbują przedrzeć się do naszego świata. Przygniatająca codzienność nie jest wytchnieniem - problemy mnożą się na potęgę i dziewczynom nie raz przyjdzie dokonać trudnego wyboru. Z której strony nadejdzie niebezpieczeństwo?

Bohaterki nie mają łatwego życia. Borykają się nie tylko trudnościami, które wynikają z faktu spoczywających na ich barkach losów świata, ale także z ludzkimi zmartwieniami. Kłótnie, zdrady, nieustająca niepewność - prawdziwe życie wcale nie schodzi w Ogniu na dalszy plan, a z początku nawet przeważa. Im dalej zagłębiamy się w historię, tym więcej niepokojących śladów pojawia się na drodze Wybrańców. Nienaturalne upały dręczą mieszkańców Engelsfors, do miasta przyjeżdżają przedstawiciele Rady w celu osądzenia występków Anny-Karin, a matka zmarłego Eliasa staje na czele dziwnej organizacji, zdobywającej coraz większe poparcie. Możliwych zagrożeń jest tak wiele, że dziewczynom trudno jest zwracać na wszystko należytą uwagę. Kiedy zdaje się, że sytuacja jest już zbyt zagmatwana, dochodzi kolejny element podnoszący ciśnienie we krwi.

Oprócz dopracowanej fabuły otrzymujemy doskonale nakreślonych bohaterów. Każdy z nich jest wierny swoim zasadom, myśli na swój własny sposób oraz zmienia się pod wpływem otoczenia. To co często spotyka się w literaturze dla młodzieży, tutaj nie występuje - bohaterowie zachowują się racjonalnie, obserwują otoczenie i nie podejmują zupełnie nieprawdopodobnych decyzji.

Pochwała należy się tłumaczce, która w przypisach wyjaśnia każdy element, który mógłby być niezrozumiały dla czytelników niezaznajomionych ze szwedzkimi realiami. Podczas czytania można natknąć się na parę błędów (zwykle przekręcenie imienia), ale nie przeszkadzają one w zrozumieniu tekstu.

Niemal 700 stron mija w okamgnieniu. Historia jest bardzo dynamiczna, a napięcie nie opuszcza czytelnika ani na moment. Podczas czytania Ognia aż płonie się od emocji, którymi nasycona jest powieść. Czy trzeba dłużej przekonywać do sięgnięcia po tę trylogię? Tym, którzy lubią złowróżbny klimat i nie boją się uczuć, płomiennie polecam.

Ocena: świetna

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo Wydawnictwu Czarna Owca.


sobota, 14 września 2013

Mors, Pinky i zaginiony sztandar

Dziś cofnę się w przeszłość, przypominając sobie i przedstawiając Wam coś dla młodszych czytelników. Mors, Pinky i zaginiony sztandar to druga po Morsie, Pinky i tajemnicy dyrektora Fiszera powieść Dariusza Rekosza dla dzieci.

Dzięki bystrym umysłom, Leszkowi Morszolowi i Ali Pankiewicz - dwójce uczniów piątej klasy - udało się przeszkodzić w kradzieży szkolnych komputerów. W nagrodę za ten wyczyn, Mors i Pinky wyjeżdżają wraz z rodzicami na wycieczkę do Londynu. Tam oddają się turystycznemu szaleństwu, zwiedzając różne atrakcje. Ale natkną się też na kolejną zagadkę do rozwikłania, tym razem dotyczącej zaginionego sztandaru.

Po znakomitej przygodzie, o której można było przeczytać w poprzedniej części, nie mogłem nie sięgnąć po Zagninony sztandar. Moje oczekiwania były spore, lecz, niestety, tym razem autor mnie zawiódł. Mors i Pinky wylatują do Londynu. Dobrze pamiętam, że podczas czytania miałem wrażenie, jakby autor chciał pochwalić się wiedzą o tym miejscu. Dzieciaki zaczynają zwiedzać kolejne atrakcje, a czytelnik podąża za nimi, tylko czekając, aż coś się wydarzy. A przyjdzie mu czekać niemało. Zaginiony sztandar bardziej przypomina przewodnik, niż powiastkę detektywistyczną. Sama zagadka, z którą zmierzą się bohaterowie, okazuje się być nieefektowna i zbyt banalna.

Książeczka jest krótka, składa się głównie z dialogów. Język jest prosty i każdemu dziesięciolatkowi powinien przypasować. Oprawa graficzna zasługuje na pochwałę, bo jakże nie zwrócić uwagi na grafikę Bohdana Butenki?

Mors, Pinky i zaginiony sztandar nie jest złą książką, ale też nie zaciekawia w taki sposób, w jaki zrobiła to Tajemnica dyrektora Fiszera. Z rozpędu można przeczytać.

Ocena: przeciętna

poniedziałek, 9 września 2013

Osobliwy dom pani Peregrine

Ileż osób skusiła już lewitująca dziewczynka na okładce Osobliwego domu Pani Peregrine? Cóż, na pewno jest to spora grupa, a ja się do niej zaliczam. Ale czy to dobrze, czy też nie, spytacie? Nawet jeśli, podobnie jak ja, pozostali spodziewali się czegoś innego, absolutnie nie powinni narzekać na to, co otrzymali.

Jacob to zwykły amerykański piętnastolatek. Jego życie nie zapowiada się najlepiej - widmo pracy w rodzinnej firmie zupełnie go nie kręci. Już dawno przestał wierzyć w opowieści swojego dziadka (Polaka!) o jego młodości i życiu wśród osobliwych dzieci na cudownej walijskiej wyspie. Dziadek pokazywał mu co prawda dziwaczne zdjęcia, ale kto by dał się nabrać na te przeróbki? Nadchodzi jednak dzień, w którym dziadek ginie, a jego śmierć jest co najmniej zagadkowa. W ostatnich słowach nakazuje Jacobowi jechać na walijską wysepkę, na której spędził dzieciństwo. Jacob decyduje się na to, aby w końcu poznać prawdę o młodości dziadka.

Osobliwy dom pani Peregrine wypełniony jest fotografiami. Ransom Riggs wziął do ręki kilka nietypowych zdjęć, wokół których nakreślił całą, spójną historię. Wraz z Jacobem poznajemy z początku enigmatyczne postacie i przekonujemy się, co rzeczywiście jest prawdą. Zdaje się, że niektóre osoby ze zdjęć, o których dziadek opowiadał Jacobowi, zostały w późniejszej historii pominięte, ale ogólnie nie sprawia to wrażenia braków w fabule.
Napomknę też o tym, że pojawia się wątek podróży w czasie skonstruowanych w oryginalny sposób. Daje to duże pole do popisu i jestem ciekawy, jak wykorzysta to autor w kolejnym tomie (który światła dziennego jeszcze nie ujrzał).

Jak już wspomniałem, spodziewałem się czegoś innego po tej książce. Nie jestem bynajmniej zawiedziony jej zawartością, to na pewno. Z początku sądziłem, że Osobliwy dom pani Peregrine to powieść z dreszczykiem, bardziej tajemnicza, może z gotyckim klimatem, jednakże już przed połową powieści tajemniczość gdzieś się ulatnia i pozostajemy w bardziej standardowym klimacie już do końca. Język też mnie nieco zaskoczył, gdyż jest on współczesny, a stylu wysokim nazwać nie można, lecz dzięki temu powieść czyta się lekko. Zapewniam przy tym, że nie jest to zwykłe czytadło, a dobra lektura, z którą warto się zapoznać.

Wydawnictwo Media Rodzina spisało się doskonale. Wydanie jest przepiękne: elegancka typografia, papier doskonałej jakości, twarda oprawa i to wszystko w naprawdę przyzwoitej cenie. Nic dziwnego, że książka tak dobrze się sprzedała - samo wzięcie jej do rąk powoduje niespotykaną chęć do natychmiastowego zakupu.

Powieść może czytać zarówno starsza młodzież, jak i dorośli czytelnicy. Zachęcam, bo dzięki fotografiom jest to pozycja nieporównywalna z żadną inną. Zapuśćcie się wraz z Jacobem w niespodziewaną podróż, poznajcie osobliwe dzieci z niezwykłymi mocami i panującą nad wszystkim, tytułową panią Peregrine.

Ocena: dobra

wtorek, 3 września 2013

Gdzie wasze ciała porzucone

Świat Rzeki to najsłynniejszy cykl amerykańskiego pisarza fantasy i science fiction, Philipa José Farmera. Składająca się na pięć głównych tomów seria rozpoczyna się powieścią Gdzie wasze ciała porzucone. Zyskała ona dużą popularność i zdobyła nagrodę Hugo w 1972 roku. Mimo upływu lat, ta powieść science fiction nie zdezaktualizowała się i wciąż można czytać ją jak nowo wydaną książkę.

W swoich dziełach Farmer często czyni głównymi bohaterami postacie historyczne. Nie inaczej jest tym razem - poznajemy Richarda Burtona, dziewiętnastowiecznego angielskiego podróżnika i eksploratora w chwili... jego śmierci. Tak właśnie rozpoczyna się powieść Gdzie wasze ciała porzucone. Po śmierci Burton trafia do świata, w którym główną oś stanowi Rzeka. Z pewnością nie jest to Ziemia. Burton nie budzi się tu bynajmniej sam. Do świata nad Rzeką w tym samym momencie trafili wszyscy żyjący niegdyś na Ziemi ludzie. Od starożytnych cywilizacji, aż po te z lat będących dla Richarda przyszłością. Każdy z nich jest nagi i łysy, a przy sobie znajduje tajemniczy cylinder. Dociekliwa natura Burtona nie pozwala mu siedzieć w miejscu. Decyduje się za wszelką cenę dowiedzieć się, czym jest świat, do którego trafił i kto za niego odpowiada.

Nie tylko główny bohater jest tu znaną postacią historyczną. Przewija się ich całkiem sporo, jedną z ważniejszych jest choćby Hermann Göring, jeden z podwładnych Adolfa Hitlera. Jak można się domyślić, spotkania ze sławnymi czy osławionymi w przeszłym życiu ludźmi prowadzą do ciekawych sytuacji. Pomimo zupełnie nowych okoliczności, w których znajdują się bohaterowie, nikt najwyraźniej nie zamierza zapominać o doczesnym świecie. Ludzie przenoszą stare zasady na nowe ziemie, jednocześnie próbując dostosować się do nietypowych warunków tutaj panujących.

Gdzie wasze ciała porzucone to jakby wstęp do pełniejszej historii, posiadającej niemały rozmach. Mamy tu wszystko, czego można oczekiwać od dobrej fantastyki naukowej. Fabuła w połowie powieści staje się co prawda mniej zwarta, a końcówka wręcz nakazuje sięgnąć po następny tom, by poznać rozwiązanie zagadki, ciągnącej się zapewne do samego końca cyklu... lecz nie powinno to zniechęcać przed sięgnięciem po powieść Farmera. Nawet pomimo wrażenia niepełności historii, warto poznać świat położony nad niekończącą się Rzeką.

Ocena: dobra

czwartek, 29 sierpnia 2013

Faza trzecia: Kłamstwa

Recenzje poprzednich części: Faza pierwsza: Niepokój, Faza druga: Głód.

ETAP trwa nadal i nic nie zapowiada jego rychłego końca. Dzieciaki z Perdido Beach w dużej mierze uporały się z głodem, lecz nie jest to koniec ich problemów. Zil wraz z Ekipą Ludzi planuje atak na odmieńców. Nowo ustanowiona rada pod przewodnictwem Astrid nie sprawdza się w swojej funkcji. Orsay, posiadająca moc odczytywania snów, wprowadza zamieszanie ogłaszając, że wraz ze zniknięciem po ukończeniu piętnastu lat, każdy powraca do swej rodziny. Sytuacja wymyka się spod kontroli. Do tego po miasteczku krążą plotki o zmartwychwstałej Brittney. Dla Sama to stanowczo zbyt wiele.

Życie w ETAP-ie nie należy do przyjemnych. Brak prądu spowodował kolejne ograniczenia. Podczas gdy jedni próbują zaprowadzić porządek i poprawić jakość ponurej egzystencji, inni robią coś wręcz odwrotnego. Dochodzi do licznych starć, przez które powstają spięcia nawet wśród przyjaciół.

Caine i jego towarzysze z Akademii Coates są z kolei wyczerpani. Radzą sobie znacznie gorzej niż mieszkańcy Perdido Beach. Jedynym ich światełkiem jest informacja Robala, od której ważą się losy ich życia. I choć Caine tym razem nie ma na celowniku Sama, to i tak nie wyrzeka się swojej mrocznej natury.

W trzecim tomie wyraźniej podkreślone zostały relacje między bohaterami. Muszą oni zmierzyć się nie tylko z nadprzyrodzonymi mocami, ale także z niesnaskami, które pomiędzy nimi samymi wybuchają. Dzięki temu Faza trzecia: Kłamstwa, wyrasta w mojej opinii na najlepszą dotychczas część serii. Nikt nie jest tu idealny, każdy posiada swoją słabą stronę. Poznajemy też nowe postacie i gwarantuję, że autor nas przy tym zaskoczy.

Można natknąć się na parę błędów rzeczowych i literówek - tych drugich jest na szczęście zdecydowanie mniej od ich zatrzęsienia w poprzednim tomie. Wszystko wynagradza jednak przyśpieszająca co rusz akcja. Siła jej rozpędu jest tak wielka, że spokojnie mogłaby konkurować z Brianną. Punkt kulminacyjny jest szalenie efektowny i przyśpiesza puls do niebezpiecznej granicy. Czego oczekiwać więcej?

Seria GONE - Zniknęli ma ogromny potencjał, a Michael Grant wykorzystuje go w stu procentach. Od tej książki po prostu nie można się oderwać.

Ocena: świetna

sobota, 17 sierpnia 2013

Planeta dobrych myśli

Beata Pawlikowska to autorka nie tylko świetnie sprzedających się książek podróżniczych, ale i kilku poradników, w których przedstawia swoje myśli i rady. Korzysta przy tym ze swoich obserwacji z licznych wypraw po całym świecie. Stykając się z różnymi kulturami i ludźmi tak bardzo różniącymi się od tych, z którymi obcuje się na co dzień, patrzy się na świat w inny sposób. Można być pewnym, że każde takie doświadczenie wpływa na człowieka.

Tym razem Beata Pawlikowska przekazuje w nasze ręce kolorową książeczkę zawierającą zbiór krzepiących refleksji. Planeta dobrych myśli składa się z prostych zdań, które pomogą nam patrzeć na świat od tej przyjemniejszej strony. Wiele z nich to prawdy, nad którymi każdy kiedyś się zastanawiał, ale nie przywiązywał do nich wagi. Istotą jest jednak, by nigdy o tym nie zapominać. Życie może być prostsze gdy przestaniemy je sobie komplikować na własne życzenie.

Niektórzy po przeczytaniu Planety dobrych myśli mogą stwierdzić, że nie jest to nic odkrywczego, i że każdy do tego może dojść. Owszem, może, ale co z tego, skoro nie wdraża tego w życie? Co z tego, skoro na co dzień to lekceważy? Ta książka służy temu, by przypominać o pozytywnym myśleniu i udowadnia, że każda chwila może być weselsza, jeśli tylko będziemy tego chcieć. Tak, to jest takie proste!

Wydanie jest bardzo ładne, kolorowe kartki miłe dla oka. Jedynym słabym punktem jest cena książeczki, zdecydowanie zbyt wygórowana. No, mógłbym jeszcze wspomnieć, że wśród dobrych myśli autorki znalazły się może ze dwie takie, z którymi nie do końca się zgadzałem, ale nikną one obok reszty mobilizujących wskazówek.

Nie łudzę się, że każdemu ta pozycja się spodoba, ale powiem szczerze, że bardzo mi żal ludzi, którzy nie rozumieją tak prostych rzeczy, myśląc, że są ponad to co opisała autorka. Mam jednak nadzieję, że większość osób, która sięgnie po Planetę dobrych myśli dostrzeże w czym rzecz i nie pozwoli sobie o tym zapomnieć. Planeta dobrych myśli to bowiem w dużej mierze recepta na szczęście. Dlatego warto od czasu do czasu do niej zajrzeć, zastanowić się chwilę i podążać za radami szczęśliwej kobiety, jaką jest Beata Pawlikowska.

Ocena: świetna

niedziela, 11 sierpnia 2013

Klątwa z przeszłości

To jest drugi tom Kronik Wardstone. Recenzja pierwszego tomu tutaj.

Po potyczkach z niecnymi wiedźmami Tom kontynuuje naukę u Stracharza. Wkrótce z położonego kilka dni drogi od Chipenden Priestown dochodzą wieści o przeszytej złem istocie czającej się w podziemiach miasta. Nie można dłużej odkładać oczyszczenia miasta księży z mroku, więc Stracharz wraz ze swoim uczniem wyruszają wypełnić swój obowiązek. Zdaje się, że nie można było wybrać gorszego dnia na podróż do Priestown, gdyż w tym samym czasie do miasta przybywa Kwizytor. Bezwzględny wysłannik Kościoła pozbywa się wszystkich, których podejrzewać można o zadawanie się z mrokiem. Stracharz i Tom nie są w tej sytuacji usprawiedliwieni...

Miasto Priestown to nowe środowisko dla Toma. Zmiana miejsca akcji zdecydowanie uatrakcyjniła powieść i bardzo podoba mi się to, w jakim kierunku idą Kroniki Wardstone. Pojawiają się nowe postacie, m.in. brat Stracharza, który dorzuci swoje trzy grosze. Wielkim plusem jest to, że akcja nie koncentruje się na jednym wątku, ale porusza wiele problemów z którymi borykać się musi główny bohater. Alice ponownie jest niejednoznaczna, przez co trudno ją rozszyfrować i dzięki czemu jej postać jest bardzo atrakcyjna.

Brakowało mi jedynie pewnej siły, której bohaterowie nie mogliby zrozumieć. Niestety Mór, z ktorym uporać się muszą Tom i Stracharz okazał się istotą w pełni myślącą i inteligentną, co mnie poniekąd zawiodło. I mimo, że przezwyciężyć tę siłę było niełatwo, natura Mora nie była tu żadną tajemnicą, a szkoda. "W nagrodę" dostajemy za to Kwizytora, czyli człowieka stojącego po drugiej stronie barykady, który okazuje się równie niebezpieczny dla Stracharza i jego ucznia. Prawda, że pomysłowe? Za to najbardziej lubię Josepha Delaneya.

W ogólnym rozrachunku Klątwa z przeszłości pozostawia względnie lepsze wrażenie od Zemsty czarownicy. Lubię tę ciekawość po skończeniu kolejnego tomu Kronik Wardstone, kiedy zastanawiam się, co zaserwuje nam autor w następnej części.

Ocena: dobra

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Zaginione wrota

Orson Scott Card to ceniony pisarz fantasy i science-fiction, znany przede wszystkim z serii książek rozpoczynających się sławną Grą Endera. Choć z tą powieścią nie miałem jeszcze do czynienia, skusiłem się na jedną z jego nowszych pozycji - Zaginione wrota.

Głównym bohaterem jest tu Danny North, trzynastoletni chłopak mieszkający z dala od ludzi wraz z mnóstwem ciotek, wujków, kuzynów i kim jeszcze można zapragnąć, czy raczej nie przepadać. Northowie to jedna z rodzin posługujących się magią i szkoląca młodych jej członków w różnych, zależnych od osobnika kierunkach. Niestety Danny, mimo potężnych magicznie rodziców, wykazuje całkowity brak zdolności do jakiejkolwiek magii. Wkrótce okazuje się jednak, że jest to początkowa cecha charakterystyczna dla magów wrót, od wielu stuleci zwalczanych przez magiczne rodziny w obawie przed zagładą. Magia wrót to ni mniej, ni więcej jak teleportacja, a historia z przeszłości nie pozwala nikomu zapomnieć o jej straszliwych możliwościach.

Równolegle do przygód Danny'ego poznajemy drugą historię, dziejącą się na planecie Westil, z której pochodzą wszyscy magowie. Opowiada o innym magu wrót, którego tożsamość pozostaje tajemnicą do końca powieści. Szczęśliwie, że odpowiedź jest zaskakująca, bo nie mogę powiedzieć o tym wątku, żeby mnie zaciekawił. Opiera się on na intrygach, choć według mnie mało wiarygodnych.

Zaginione wrota wywołały we mnie bardzo różne emocje. Niektóre fragmenty historii wciągnęły mnie bez reszty, inne wydały się niezjadliwe. Czytając o losach Danny'ego czułem coś w rodzaju niezdrowej fascynacji. Pierwszy rozdział niepokojąco przypominał mi Xanth, z którą to powieścią uporałem się z trudem jakiś czas temu. Mam wrażenie, że autor zaczął tę historię trochę od złej strony. Później akcja na szczęście się rozwija i często idzie w zupełnie niespodziewanym kierunku. Co ciekawe, w posłowiu dowiedzieć się można o powstawaniu książki i to, o czym pisze tam autor wyraźnie widoczne jest w całej powieści. Np. czytając rozdział bliższy końcowi niż początkowi pomyślałem, że zazwyczaj takie wydarzenia mają miejsce na wstępie powieści. W posłowiu wyjaśniło się, że Card miał zamiar tam go właśnie umieścić, ale - wyszło inaczej.

W gruncie rzeczy Zaginione wrota są jednak całkiem dobrą powieścią. Mam jeszcze zastrzeżenie co do polskiego tłumaczenia: dlaczego tłumacz zdecydował się przełożyć nazwę krainy w oryginale brzmiącej Iceway na Iswegię? Nawet jeśli etymologia tej nazwy była taka, jaką przypuścił pan Wilusz (Iceway od Iceland oraz Norway, czyli Iswegia od Islandii i Norwegii), nie uważam żeby to dobrze brzmiało. Poza tym inne nazwy nie zostały w żaden sposób zmienione.

Zaginione wrota to łatwo czytająca się fantastyka, która nie wprowadza jednak do gatunku nic nowego. Wszystkie motywy występujące w powieści są już czytelnikom gatunku dobrze znane, wręcz oklepane. Nie zaszkodzi jednak sięgnąć po tę powieść Carda, o tak dla rozrywki.

Ocena: dobra

środa, 31 lipca 2013

Bóg zjawia się incognito

Niełatwo jest pisać recenzję książki, którą przeczytało się dawno temu, a jednak chciałbym, żeby z tą historią zapoznała się większa ilość osób. Autor powieści Bóg zjawia się incognito, Laurent Gounelle, to specjalista w dziedzinie rozwoju osobistego. Pisząc przedstawianą tu powieść wykorzystał swoją wiedzę, by przekazać czytelnikowi bogaty zbiór niebanalnych życiowych rad. Przedstawia je pośrednio w niesamowitej historii mieszkającego w Paryżu młodego Amerykanina.

Alana właśnie porzuciła dziewczyna. Jest tak zdruzgotany, że postanawia popełnić samobójstwo, skacząc z wieży Eiffla. Snując ostatnie myśli przed śmiertelnym skokiem, niespodziewanie odzywa się do niego starszy mężczyzna. Proponuje mu, by zmienił swe najbliższe plany na coś, co intryguje głównego bohatera i odciąga od próby samobójstwa. Mężczyzna staje się mentorem Alana, który nauczy go jak czerpać szczęście z życia. Droga Alana nie będzie jednak łatwa. Zadania, jakie przydziela mu tajemniczy mentor wydają się być absurdalne, a z każdym kolejnym jest coraz trudniej. Wątpliwości targają Alanem na wszystkie strony; jedną z nich jest także tożsamość nauczyciela.

Przyznam się, że czytając historię Alana często odnajdywałem w niej swoje słabości. Niesamowitym doświadczeniem było przeczytać, jak radzi sobie z nimi główny bohater, korzystając z pomocy nauczyciela. Powieść francuskiego pisarza to zarazem wciągająca historia jak i przewodnik po życiu. Ani przez chwilę nie odczuwa się ciężaru czytanych słów, wręcz przeciwnie - mimo bogatej zawartości przez książkę idzie się z lekkością. Autor zadbał o znakomitą oprawę do tego, co miał do przekazania, dzięki czemu Bóg zjawia się incognito trafi w serca wielu czytelników.

Jeśli lubicie zyskiwać nowe doświadczenia, czytając wartościowe lektury, nie macie się nawet nad czym zastanawiać. Bóg zjawia się incognito jest w sam raz dla Was. Ale także tych, których interesują nieszablonowe opowieści zauroczy powieść Gounelle'a. Dlatego polecam ją każdemu bez wyjątku. A teraz proszę uprzejmie wybrać się do księgarni lub biblioteki.

Ocena: świetna

czwartek, 25 lipca 2013

Japonia w sześciu smakach

Japonia to kraj, o którym najbardziej lubię czytać, dlatego nie mogłem się oprzeć pokusie sięgnięcia po kolejną książkę ze znakomitej serii Poznaj Świat wydawnictwa Bernardinum, poświęconej właśnie Krajowi Wschodzącego Słońca.

Tym razem na daleką wyprawę zabiera nas Anna Świątek, absolwentka japonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim. Do Japonii trafiła na roczne praktyki jako tłumaczka przy japońskiej drużynie soft tenisowej. Miała więc mnóstwo czasu i sposobności, by na własnej skórze doświadczyć nietypowości Japonii, zaskakujących dla nas zachowań jej mieszkańców, a także niesamowitych obyczajów.

Mimo, że o Kraju Kwitnącej Wiśni powstało już wiele książek, to i w tej znalazły się takie historie, które mnie zaskoczyły. Na przykład wizyta w koreańskiej restauracji, w której podawano... ruszające się jeszcze macki ośmiornic. Albo o japońskich, chytrych danielach. To tylko pokazuje, jak wiele o Japonii można mówić, a i tak nie zawrze się wszystkiego w jednej książce.

Autorka pisze w zabawnym stylu i nie raz wywołała uśmiech na mojej twarzy. Jej perypetie mogłyby być podstawą do nakręcenia serialu komediowego.
Dzięki temu książkę czyta się przyjemnie i szybko, a nabyta podczas lektury wiedza na dłużej zostaje w głowie.

Polecam Japonię w sześciu smakach każdemu, także tym, którzy o Japonii wiedzą już wszystko, bo nawet jeśli nic was w niej nie zaskoczy (co swoją drogą jest lekko wątpliwe), to czytając o przygodach autorki będziecie się po prostu dobrze bawić.

Ocena: świetna

poniedziałek, 22 lipca 2013

Aktualności - lipiec 2013

Dobra ludzie, więc już wkrótce kolejna recenzja, a tymczasem śpieszę powiadomić, że dziś mija rok od założenia tego bloga. Niektórzy organizują z tej okazji konkursy. Myślicie, że też powinienem coś takiego zrobić? ;D


A na marginesie spytam Was jeszcze, czy również zauważyliście, że w ostatnim czasie pojawia się mnóstwo nowych wydawnictw książkowych?

środa, 19 czerwca 2013

Aktualności - czerwiec 2013

Jak pewnie zauważyliście zrobiłem sobie małą przerwę od blogosfery. Już niedługo koniec przerwy, to znaczy gdzieś w lipcu/sierpniu, jak wrócę z wakacji. Dzisiaj za to chciałbym przypomnieć o książce, którą czytałem w oryginale, a której tydzień temu polskie wydanie w końcu trafiło do księgarń. Zapraszam do przeczytania recenzji i oczywiście polecam, to dobra książka na upały :D








Michelle Paver
Cienie w mroku











Trzymajcie się i miłych wakacji ;D

środa, 1 maja 2013

Szeptem

Szeptem można by już nazwać klasyką gatunku paranormal romance. Seria Bekki Fitzpatrick zyskała popularność tuż po sukcesie Zmierzchu Stephenie Meyer. I co ciekawe, zdaje się dużo z niej czerpać.
Już od dłuższego czasu chciałem się przekonać, czy jest to naprawdę wciągająca lektura, czy może właśnie zwykła kopia Zmierzchu. Oto co wynikło z moich wcale przyjemnych "badań".

Nora ma szesnaście lat, anemię, same piątki w szkole oraz przyjaciółkę na śmierć i życie o imieniu Vee. Mieszka z matką niedaleko Portland, próbując otrząsnąć się po wypadku, jaki przydarzył się jej ojcu. Poza tym wiedzie zwykłe życie, do czasu, kiedy będzie zmuszona poznać Patcha. Patch to tajemniczy chłopak, wyglądający na niezłe ziółko, ale... tacy właśnie pociągają Norę. Odtąd dziewczynę prześladują dziwne zdarzenia, od zakapturzonego prześladowcy, po niepokojące wyimaginowane obrazy. Jak to wszystko wytłumaczyć i jaką rolę w tym wszystkim odgrywa Patch?

Moje przypuszczenia co do powtórki ze Zmierzchu potwierdziły się. Pomiędzy oboma powieściami widać wiele analogii. W obu mamy zwykłe nastolatki, które stały się nagle obiektem zainteresowań najprzystojniejszego chłopaka w szkole, który dodatkowo skrywa jakiś sekret. W obu mamy bardzo podobne poboczne postacie. W obu nawet, do pierwszego kontaktu pomiędzy głównymi bohaterami dochodzi na lekcji biologii! Czytając Szeptem nie można się więc oprzeć wrażeniu, że ta historia już została opowiedziana, a jedyną różnicą są nadnaturalne istoty w nich występujące. W książce Bekki Fitzpatrick zamiast wampirów pojawiają się upadłe anioły.

Co jest kolejnym minusem, to że autorka często nagina logikę na rzecz emocjonujących wydarzeń. Na przykład czyniąc z głównej bohaterki idiotkę. Aby dowiedzieć się, jak dojść na pewną ulicę, Nora była zdolna oddać ubranie niezrównoważonej bezdomnej kobiecie. Tylko dlatego, aby potem okazało się, że gdyby tego nie zrobiła, mogłoby już być po niej. I takich nagięć autorka popełniła kilka.

Póki co wymieniłem jedynie wady, ale przyznam się, że Szeptem mi się spodobało. Nie wiem czy mam się wstydzić z tego powodu, ale ta historia mimo wszystko mnie wciągnęła. Właściwie ciągle się w niej coś dzieje i nie ma czasu na nudne przestoje. Język jest prosty, więc książkę czyta się szybko - ot, jak wiele młodzieżówek. Przerywając czytanie, byłem ciekaw co zdarzy się dalej, a więc jest to kolejny plus, składający się na frajdę z lektury.

Ta książka na pewno spodoba się wielbicielom gatunku - czy uściślając, właściwie wielbicielkom. Ja z Szeptem mam podobny problem co z sagą Stephenie Meyer. Nie jest to literatura najwyższych lotów, ale przyjemność z czytania jest i to niemała. Fitzpatrick nie pozwala się nudzić, bo cały czas mamy do czynienia z niezwykłymi zdarzeniami. I za to daję ocenę dobrą!

Ocena: dobra

piątek, 26 kwietnia 2013

Zaklęcie dla Cameleon

Xanth to magiczna kraina pełna osobliwych roślin i zwierząt. Oprócz ludzi zamieszkują ją także centaury, harpie czy smoki. Młody Bink wychował się w tym świecie, ale niestety coś wyróżnia go od społeczeństwa rodzinnej wioski. Otóż Bink nie wykazuje żadnego talentu magicznego, wskutek czego wkrótce zostanie skazany na wygnanie z Xanthu do Przyziemia. By do tego nie dopuścić, wyrusza przez pełną niebezpieczeństw krainę w stronę zamku czarodzieja Humfreya, dzięki któremu ma nadzieję dowiedzieć się, czy jest jeszcze szansa na ratunek.

Zaczynając czytać Zaklęcie dla Cameleon, liczyłem na zabawną powieść z ciekawie wykreowanym fantastycznym światem. I rzeczywiście, w pewnym stopniu Xanth to ciekawa kraina, w której wierzby plątamoty rosną obok drzew dżinsowych lub chlebowych, a każda istota - nawet nie tylko istota, a przyroda nieożywiona także - wykazuje jakiś magiczny talent, nierzadko całkiem zwariowany.

Na tym jednak kończą się pozytywy. Nasz młody bohater opuszcza bezpieczną wioskę i przemierza lasy, łąki i rozpadliny, aby dotrzeć do celu. Problem w tym, że Xanth to właściwie pułapka na pułapce. Co pięć kroków czyha mięsożerna roślina, krwiożerczy wąż, woda w strumieniu zamieniająca pijącego zeń w rybę... i naprawdę nie wiem, jakim cudem w tej krainie jeszcze ktokolwiek pozostał żywy. W kwestii niebezpieczeństw autor wyraźnie przesadził.

Główny bohater to przykład irytującego wzoru cnót. Ponadto często miałem wrażenie, jakby urodził się wczoraj. Jego nagłe olśnienia, dzięki którym wykrywał uknuty przez kogoś blef były doprawdy powalające. Mimo, że narracja w powieści jest trzecioosobowa, to wypełnia ją aż nadto pełnych nieufności przemyśleń Binka. Od zdań rozpoczynających się od "A może...", "Jeśli...", "Chyba że..." aż mdli. Tak jakby autor panicznie bał się popełnić jakiś błąd logiczny i asekurował się podobnymi stwierdzeniami wyrażonymi błyskotliwymi myślami Binka. Ale i tak takich błędów można znaleźć co najmniej kilka.

Kolejną bolączką w Zaklęciu dla Cameleon są dialogi niewpasowujące się w sytuację. Podczas gdy w kierunku bohaterów zmierza potwór morski, ci ucinają sobie kolejną pogawędkę o możliwościach i ograniczeniach magii. Co tam, potwór może poczekać i nie ma się co denerwować. Takich nielogicznych zagrywek było niestety więcej i czasami nie pozostaje nic innego, jak tylko zrobić wyrażającego więcej niż tysiąc słów facepalma.

Pomimo moich negatywnych wrażeń, obiektywnie patrząc nie mogę zupełnie zniechęcić do sięgnięcia po Xanth. Skoro autor wydał już niemal 40 tomów w serii, to znaczy, że ktoś chce i lubi je czytać. Przypuszczam, że Zaklęcie dla Cameleon mogło być czymś świeżym i zaskakującym, kiedy zostało wydane po raz pierwszy, a było to w roku 1977. Dziś jednak zupełnie nie mieści się w standardach dobrej powieści. Parę ciekawych pomysłów nie wystarczy, żeby stworzyć przyjemną w czytaniu lekturę, jeśli wykonanie jest, co tu dużo mówić, godne pożałowania. Aby zakończyć pozytywnym akcentem, dodam tylko, że nowe polskie wydanie serii prezentuje się naprawdę pięknie. Xanth może przynajmniej stać na półce i ładnie wyglądać. Ale tylko tyle.

Ocena: słaba

wtorek, 23 kwietnia 2013

Światowy Dzień Książki 2013

Hej, Czytelnicy!

Wreszcie nadeszło największe święto dla każdego mola książkowego. 23 kwietnia od 1995 roku ustanowiony jest przez UNESCO Światowym Dniem Książki i Praw Autorskich. Z tej okazji co roku księgarnie przedstawiają atrakcyjne oferty. Oto kilka z nich:

Na stronie empiku do 24 kwietnia można zakupić książki z katalogu krajowego po 30% obniżce! Jedyny warunek to wartość zamówienia przekraczająca 100 zł.



Również 30% promocję przyszykował sklep internetowy merlin.pl. W tym przypadku nie ma wymaganej określonej kwoty zakupu. Promocja kończy się dzisiaj.



Sklep Gandalf.com.pl oferuje 20% zniżkę na wszystkie tytuły i 60% na wybrane. Ponadto przesyłka będzie kosztować nas połowę taniej niż zwykle. Oferta ważna tylko dziś!



Księgarnie Matras również nie zapomniały o książkowym święcie. Rabat 25% na całą ofertę powinien zadowolić każdego bibliofila. Podobnie jak w poprzednich promocjach, rabat utraci ważność z końcem dnia.


A jak Wam mija Światowy Dzień Książki? Skorzystaliście już z jakichś promocji? Pochwalcie się, co kupiliście!

sobota, 20 kwietnia 2013

Angelfall

Aniele, stróżu mój... szeptaliśmy przez setki lat. Myliliśmy się. Teraz to właśnie ONE okazały się naszym największym koszmarem.

Postapokaliptyczny krajobraz to nowa codzienność, do której musi przywyknąć ludzkość. Ziemia okupowana jest przez złowrogie anioły, a ludzie walczą z głodem, brakiem prądu i wody oraz z gangami, rządzącymi teraz ulicami. Siedemnastoletnia Penryn opiekuje się młodszą siostrą poruszającą się na wózku i niezrównoważoną matką. Podczas poszukiwania jedzenia dziewczyna jest świadkiem zstąpienia kilku aniołów, które odcinają swojemu pobratymcowi skrzydła. Niczym w najgorszych koszmarach, anioły dostrzegają Penryn i porywają jej małą siostrę, Paige. Jedyne co teraz może zrobić Penryn, aby uratować siostrę, to zjednoczyć siły z okaleczonym aniołem, który może doprowadzić ją do miejsca przetrzymywania Paige. O ile jeszcze żyje...

Kiedy zacząłem czytać Angelfall, od razu skojarzyło mi się z Igrzyskami śmierci. Dzielna dziewczyna ratująca młodszą siostrę i matka nie do końca spełniająca swoją rolę. Ponadto bardzo podobny styl pisania autorki i narracja w czasie teraźniejszym. Nie było to bynajmniej złe pierwsze wrażenie, wręcz przeciwnie! Susan Ee posługuje się słowami równie błyskotliwie, co Suzanne Collins.

Penryn zmierza ku San Francisco wraz ze swoim towarzyszem, aniołem o imieniu Raffe. Cóż, chyba nie będzie zaskoczeniem fakt, że między tymi dwoma może zaiskrzyć. Angelfall wpisuje się w popularny gatunek romansu paranormalnego, aczkolwiek jest on tu nakreślony nienachalnie i - całe szczęście - autorka prowadzi Penryn stałą drogą, jej decyzje są w pełni logiczne i samokrytyczne. Penryn ani na chwilę nie zapomina o swoim głównym celu. Samego romansu jest więc w tym tomie niewiele, choć kolejny prawdopodobnie skupi się na tym w większym stopniu.

Postacie są niebanalne, a najbardziej oryginalną jest chyba matka Penryn. Mimo, że nie podróżuje razem z córką, przewija się przez całą powieść. Jej relacja z Penryn jest co najmniej osobliwa. Wspomnieć trzeba także o aniołach. Wiele ich zachowań przypomina ludzkie, ale główna bohaterka strofuje samą siebie przypominając sobie, że tak naprawdę nie są oni ludźmi. Czego dokładnie chcą i co robią na Ziemi? Czy ludzkość ma jeszcze szansę przeżyć i odzyskać dawne życie?

Jedyne czego mi brakowało w powieści to dokładniejszego opisu, co doprowadziło do obecnego stanu sytuację na Ziemi. Penryn od czasu do czasu odkrywa jakąś kartę przeszłości, ale po skończeniu książki wciąż czułem się nienasycony. Na szczęście perspektywa kolejnej części daje nadzieję na dowiedzenie się czegoś więcej.

Opowieść Penryn o końcu świata to znakomita powieść w klimacie dystopii. Wielbicieli tego gatunku nie muszę chyba dłużej zachęcać, a pozostali niech pokierują się pięknym wydaniem książki. W tym wypadku na pewno nie poczujecie się zawiedzeni jej zawartością!

Ocena: dobra

Za możliwość przeczytania książki dziękuję bardzo wydawnictwu Filia.

 

środa, 17 kwietnia 2013

Księga bez tytułu

Mimo, że Księgę bez tytułu czytałem już dość dawno temu, postanowiłem napisać o niej parę zdań. Jestem ciekawy, jak Wy odebraliście tę powieść (o ile ją czytaliście, rzecz jasna), czy Wam się spodobała, czy może jednak odrzuciła? A może macie ją w planach?

Spójrzcie tylko na okładkę. Nie wiem jak w Waszym przypadku, ale ja od razu nabrałem chęci na przeczytanie Księgi bez tytułu. Dodatkowo tajemniczy tytuł i Anonim zamiast nazwiska autora tylko podsyciły moją ciekawość.

Kiedy zacząłem czytać Księgę bez tytułu, byłem bardzo zaskoczony. Zupełnie nie tego się spodziewałem po tej książce. A czego właściwie się spodziewałem? Chyba tajemniczej historii z dreszczykiem, ale zamiast tego otrzymałem gangsterską powieść pełną akcji. Nie byłem tym jednakże rozczarowany. Ale po kolei...

Akcja książki rozgrywa się w chyba najbardziej plugawym miejscu na Ziemi - mieście Santa Mondega. Tutaj praktycznie nie ma przykładnych obywateli. Każdy wietrzy interes choćby w udzieleniu najmniejszej informacji. Bohaterów mamy wiele (m.in. dwóch mnichów, legendarnego Bourbon Kida czy mordercę w stylizacji Elvisa Presleya), narracja przechodzi od jednego do drugiego, a każdy z nich szuka jednego przedmiotu. Jest nim "Oko Księżyca", kamień posiadający moc zniszczenia.

Co jest charakterystycznego w Księdze bez tytułu? Przede wszystkim ostry język. Bardzo ostry. W całej powieści jest może parę stron, na których nie pojawiło się choć jedno przekleństwo. Dla wyczulonych na tym punkcie od razu odradzam i polecam wyrzucić z pamięci ten tytuł, coby diabeł nie podkusił jeszcze kiedyś po niego sięgnąć. W książce poruszamy się w środowisku gangsterskim, a więc wulgarny styl jest w tym przypadku jak najbardziej na miejscu i nie można zarzucić autorowi przesady. Z tego samego powodu co rusz rozgrywają się brutalne, pełne krwi sceny. Wyszukane, krwawe morderstwa również nie powinny Was zdziwić. To cała esencja Księgi bez tytułu.

Na pewno nie jest to powieść dla każdego. Jeśli jesteście wielbicielami spokojnych i sielskich powieści, to w Księdze bez tytułu nie macie czego szukać. Ale jeśli macie ochotę na pokrętną jazdę bez trzymanki i grę, w której zasady łamane są z częstotliwością przełykania śliny - polecam sprawdzić.

Ocena: dobra

niedziela, 14 kwietnia 2013

Atlas chmur

O Atlasie chmur zrobiło się głośno dzięki ekranizacji. To zresztą jeden z wielu takich przypadków, nawet w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Wyznając zasadę "Najpierw książka, potem film", czym prędzej sięgnąłem po powieść Davida Mitchella.

Atlas chmur to niezwykła książka. Autor zawarł w niej sześć mini-powieści, a każda z nich całkowicie różni się od pozostałych. I w tym tkwi właśnie niepowtarzalność dzieła Mitchella. Każdy z rozdziałów rozgrywa się w innych ramach czasowych oraz pisany jest innym stylem. Zwięźle postaram się je opisać.

Historia zaczyna się od dziennika pokładowego XIX-wiecznego notariusza Adama Ewinga, podróżującego z Australii do San Francisco. Jest to najcięższa część książki, a to przez staroświecki język, jakim posługuje się Ewing w swoim pamiętniku. Rozdział z dziennikiem urywa się nagle, by przejść do kolejnej historii - listów muzyka Roberta Frobishera z lat 30. XX wieku. W tym fragmencie już skutecznie wciągnąłem się w powieść, m.in. dzięki barwnym postaciom. Po listach następuje thriller z Luisą Rey w roli głównej. Jest to dziennikarka starająca się ujawnić prawdę o grożącym katastrofą reaktorze elektrowni. Także ta historia urywa się w momencie, w którym czytelnik w tradycyjnej powieści zmuszony zostałby do przeczytania kolejnego rozdziału. Upiorna udręka Timothy'ego Cavendisha to humorystyczna partia Atlasu chmur, opowiadająca o sześćdziesięciolatku z sardonicznym usposobieniem, któremu cały świat najwyraźniej postanowił rzucać kłody pod nogi. Po tej części przenosimy się do przyszłości. W formie wywiadu poznajemy Sonmi~451, sztucznie wytworzoną fabrykantę, usługującą niegdyś w podziemnej kantynie. Ostatni fragment to już upadek cywilizacji, czy jakby powiedział bohater będący narratorem tej części, "cylwizacji". Do języka mieszkańca hawajskiej wioski, podobnie jak w przypadku dziennika Ewinga, trzeba się przyzwyczaić. Po zakończeniu rozdziału z Zachariaszem następuje ponownie szokująca historia Sonmi~451, przezabawna część o Timothym Cavendishu, pełne napięcia dalsze losy Luisy Rey, następne listy Roberta Frobishera i zaskakująca końcówka z Adamem Ewingiem. Koło się zamyka.

Opis bądź co bądź długi, ale chciałem choć trochę przybliżyć sylwetki głównych bohaterów. David Mitchell stworzył kolaż różnych gatunków i co więcej, znakomicie odnalazł się w każdym z nich. Gdyby rozwinąć poszczególne części i wydać je jako osobne powieści, zapewne również odniosłyby jakiś sukces. Ale w tym właśnie tkwi siła Atlasu chmur, że bohaterowie odnajdują swoje cząstki poprzez meandry dziejów (że pozwolę posłużyć się tym ładnym określeniem z opisu na tyle okładki). I tak: muzyk czyta dziennik pokładowy, dziennikarka listy Frobishera, Cavendish powieść o Luisie Rey, fabrykanta ogląda losy Timothy'ego w postaci filmu, a Zachariasz opowiada o bogini Sonmi. Pojawia się także parę innych nawiązań pomiędzy losami bohaterów. Prawdę mówiąc spodziewałem się, że będzie ich więcej, ale okazały się one bardzo delikatne.

Ponownie wspomnę o języku. O sześciu różnych językach pojawiających się w powieści. To naprawdę świadczy o wielkości autora. Miszmasz gatunków musiał być sporym wyzwaniem, z którym Mitchell doskonale sobie poradził. Większość autorów odnajduje się tylko w jednym, ale nie David Mitchell. Chociażby z tego powodu warto przeczytać Atlas chmur. Ciekawie przedstawia się również geneza tytułu, ale o tym możecie dowiedzieć się sami.

Być może nie doceniam książki, podsumowując ją oceną tylko dobrą, ale jednak takie odczucie pozostawił na mnie Atlas chmur. Choć żałuję, że nie pojawiło się w niej więcej iskier pomiędzy żyjącymi w różnych czasach bohaterami, to niewątpliwie jest to dzieło, z którym warto się zapoznać.

Ocena: dobra



A jak Wam podobał się Atlas chmur? Która część najbardziej przypadła Wam do gustu? I czy ekranizacja sprostała Waszym oczekiwaniom? :)

środa, 10 kwietnia 2013

Angkor

Jacek Pałkiewicz to znany polski podróżnik i reporter. Odbył w życiu dziesiątki wypraw, wiele z nich w charakterze eksploracyjnym. Uznawany jest m.in. za odkrywcę źródła Amazonki, najdłuższej rzeki świata. Jedną z jego zasad jest niepowracanie w raz odwiedzone miejsce, ale jest pewne miejsce na świecie, które szczególnie go zafascynowało. Powracał tam wiele razy, by poczuć tę niezwykłą atmosferę walki sił natury z dziełem człowieka. Mowa tu o Kambodży i jej niezwykłych świątyniach Angkoru.

Słowo Angkor oznacza miasto. Dziś nazwą tą określa się zabytkowy kompleks miejski, jaki pozostawili dawni Khmerzy, rdzenni mieszkańcy Kambodży. Na pewno każdy z Was kojarzy najsławniejszą świątynię - Angkor Wat. Ale to niejedyna świątynia znajdująca się na terenie kompleksu. Jest ich kilkadziesiąt i każda z nich zachwyca swoimi zdobieniami i niezwykłymi rozwiązaniami architektonicznymi.

W swojej książce Pałkiewicz przedstawia intrygującą historię Imperium Khmerskiego. Do dziś wiele z jej kart pozostaje zakrytych. Na wiele pytań być może nigdy nie poznamy jasnej odpowiedzi. Dlaczego Khmerowie porzucili swoje wspaniałe miasta? Co doprowadziło do upadku tak potężnego państwa? Razem z autorem, oprowadzającym nas po monumentalnych świątyniach, powędrujemy nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie.

Angkor Wat

Jak w większości podróżniczych pozycji, tak i w tej znajduje się mnóstwo zdjęć. Stanowią one około połowę książki, a więc jest ich naprawdę sporo. Niektóre z nich wykonane zostały w czasach pierwszych wypraw autora do Kambodży i ich jakość nie jest zachwycająca. Jednak to, co przedstawiają, jest wprost niesamowite. Kamienne bloki świątyń atakowane przez pnącza agresywnej dżungli robią piorunujące wrażenie.

Narracja książki jest nieco chaotyczna. Wraz z kolejnymi atrakcjami Angkoru autor opowiada kolejny kawałek historii, ale czasem ciężko połączyć to w całość. Dlatego, jeśli chce się wynieść coś z tej lektury, należy czytać uważnie. A z pewnością jest w niej parę rzeczy dających do myślenia.

Angkor polecam przede wszystkim osobom interesującym się podróżami oraz Azją. Jest to książka, w której pokazany został kraj wciąż mało znany przez dzisiejsze społeczeństwa, jednak w ostatnim czasie zyskujący na popularności. Jaka historia kryje się za potężnymi budowlami Angkoru? O tym dowiecie się sięgając po książkę Jacka Pałkiewicza.

Ocena: dobra

niedziela, 7 kwietnia 2013

Krąg

Magia, strach, śmierć, miłość, przyjaźń i tajemnica - te słowa napisane na odwrocie książki w najkrótszy sposób zapowiadają, o czym można przeczytać w Kręgu. I żadne z tych słów nie jest dodane na siłę. W Kręgu przeżyjemy chwile grozy i młodzieńczych uczuć, okraszonych magią i nadnaturalnymi mocami.


Krąg to pierwsza część trylogii szwedzkiego duetu, w którego skład wchodzą Mats Strandberg i Sara B. Elfgren. Akcja powieści rozgrywa się w Engelsfors (czytaj: Enjelsfosz - nie wiem jak Wy, ale osobiście lubię czytać zagraniczne nazwy w ich prawdziwym brzmieniu :)), zwykłym, nieciekawym miasteczku. Życie toczy się tu normalnym rytmem, aż do dnia, w którym w szkole średniej znalezione zostaje ciało nastolatka. Dla wszystkich jest oczywiste, że to samobójstwo. Ale sześć obcych sobie dziewczyn, które pewnej nocy, zaciągnięte przez tajemniczą siłę, spotykają się za miastem, wie, że uczeń został zamordowany. Teraz zaczyna się walka o przetrwanie, którą zwyciężyć można jednocząc swoje moce. Dziewczyny są niezbyt skore do nawiązania ze sobą przyjacielskich więzi i zajmują się swoimi codziennymi problemami, ale już wkrótce przekonują się, że stawka jest wyższa, niż mogłyby się spodziewać.


W Kręgu przeplatają się różne wątki. Każda z dziewczyn ma swoje własne życie, swoje własne troski, z którymi musi sobie poradzić. Do tego dochodzą nowe kłopoty, mające nadnaturalne podstawy. U niektórych pojawiają się niezwykłe moce, ale wszystkie z nich są zagubione w nowej sytuacji. Nie wiedzą, jakie właściwie jest ich zadanie; jedyną wskazówką jest właśnie połączenie sił. Okazuje się, że nie jest to łatwe, bo charaktery bohaterek niekoniecznie do siebie pasują. Każda z nich jest inna i ma o pozostałych własne zdanie.

Otwierający trylogię Engelsfors Krąg to prawie 600 pełnych emocji stron, które mijają w mgnieniu oka. Język powieści jest prosty, młodzieżowy i absolutnie nie można się do niego przyczepić. Prawdopodobnie dzięki niemu książkę czyta się w tak zastraszającym tempie, choć swój wkład w to ma również fabuła. Jest wciągająca i serwuje sporo zwrotów akcji. Rozwiązanie zagadki, kto jest mordercą, pojawia się zupełnie niespodziewanie.

Młodzieżowy thriller pełen magii, ale i miłości powinien przypaść do gustu każdemu miłośnikowi tajemniczych klimatów. Nie należy zapominać, że to szwedzka powieść, więc i tę atmosferę da się odczuć. Autorzy napisali wciągającą powieść, może i wykorzystującą znane sytuacje, ale przedstawione w świeży sposób. Na sam koniec nie sposób nie wspomnieć o hipnotyzującej okładce. Zapewniam, że pod nią skrywa się równie interesująca historia.

Ocena: świetna