poniedziałek, 31 marca 2014

Kto to być może o tej porze?

1. Czy jesteś ciekaw, co się dzieje w nadmorskim miasteczku, które już nie leży nad morzem?
2. Czy chciałbyś dowiedzieć się czegoś o skradzionej rzeczy, która wcale nie została skradziona?
3. Czy sądzisz, że to w ogóle twoja sprawa? Dlaczego? Kim jesteś? I czy jesteś tego pewien?
4. Kto stoi za twoimi plecami?

Oto pytania znajdujące się na odwrocie okładki nowej powieści Lemony Snicketa. Pytania z całą pewnością niewłaściwe, podobnie jak to stanowiące tytuł Kto to być może o tej porze? Jako wielki wielbiciel Serii Niefortunnych Zdarzeń nie mogłem wytrzymać długo, by nie sięgnąć po pierwszy tom Serii Niewłaściwych Pytań, będącej prequelem tej pierwszej. A kiedy zacząłem czytać, z nostalgią zanurzyłem się w niezwykły świat tajemniczego jak zawsze Snicketa.

O czym może opowiadać książka o takim tytule? Podobnie jak w SNZ narratorem jest Lemony Snicket, jednak tym razem opowiada on o sobie. Ma niespełna trzynaście lat i właśnie ukończył szkołę otrzymując nietypowe wykształcenie oraz zostając terminatorem S. Teodory Markson, kobiety o nieposkromionych włosach - co tu ukrywać - niezbyt przyjemnej postaci. Wraz z nią przybywa do wyludnionej miejscowości o nazwie Splamione Nadmorskie, nawiasem mówiąc, nad morzem już nieleżącej, gdyż to zostało osuszone. Tutaj do rozwiązania czeka zagadka pewnej skradzionej rzeczy, która to sprawa budzi wiele wątpliwości.

Początek powieści może okazać się dla czytelnika dezorientujący, a to dlatego, że o swojej własnej osobie Lemony nic nie wspomina. Tak naprawdę nie wiemy, co działo się, nim trafił do herbaciarni i sklepu papierniczego Cykuta. Z biegiem powieści więcej faktów wychodzi na jaw, ale autor przyzwyczaił nas już do mnóstwa sekretów, które najpewniej rozwiąże w kolejnych tomach, stwarzając przy tym ogromne napięcie. Niewiele dowiadujemy się więc o głównym bohaterze, za to pozostali tworzą niezwykłą galerię kuriozalnych postaci, z S. Teodorą Markson na czele.

Największym atutem jest niepowtarzalny styl powieści, absurdalny humor, który podprawia posępną atmosferę wiszącą nad opuszczonym miasteczkiem. Każdy obiekt, każda nazwa wydaje się tu być dokładnie przemyślana i idealnie wpasowująca się w anachroniczny świat. Z historią doskonale harmonizuje się też oprawa graficzna i ilustracje rysownika o pseudonimie Seth.

Ci, którzy oczekują więcej nawiązań do Serii Niefortunnych Zdarzeń nie powinni poczuć się zawiedzeni (być może znajdzie się i rozwiązanie jednej z największych jej tajemnic). Za to na pewno nie zdziwi ich forma zakończenia, zapowiadającego wyraźnie kolejną część i dalsze rozwiązywanie tajemnic, nie do końca jasnych.

To właśnie wielbicielom Serii Niefortunnych Zdarzeń najserdeczniej polecam Kto to być może o tej porze?, ale nie tylko im, bo powieść z całą pewnością zasługuje na uwagę. Jest niesztampowo ekstraordynaryjna, nietuzinkowo oryginalna, dlatego tych, którzy potrafią docenić wyjątkowy styl oraz lekko obłąkany klimat, zapraszam z wizytą do Splamionego Nadmorskiego. I niech lepiej niewłaściwe pytania nie padną z Waszych ust.

Ocena: świetna

sobota, 22 marca 2014

Numery. Czas uciekać

Jak by to było znać datę swojej śmierci? Przypuszczam, że znalazłoby niewielu takich, którzy chcieliby posiąść tę wiedzę. Każdy z nas wie, o zbliżającym się końcu, a jednak nieświadomość daty pozwala o tym zapomnieć. A jeśli znałbyś datę śmierci nie swoją, lecz bliskiej osoby? Rodzi się tu mnóstwo pytań i przypuszczeń, jak należałoby postąpić. Z takimi problemami styka się główna bohaterka powieści Rachel Ward pt. Numery. Czas uciekać.

Jem jest piętnastoletnią dziewczyną, żyjącą zawsze na uboczu. Minęło już parę lat, od momentu śmierci jej matki w wyniku przedawkowania narkotyków. Od tego czasu Jem trafia do kolejnych rodzin zastępczych, ale wie, że i tak nie odnajdzie swojego miejsca na ziemi. A to wszystko przez przerażającą zdolność, którą musi skrywać. W oczach wszystkich ludzi dostrzega numery. Numery oznaczające ich datę śmierci.

Nic dziwnego, że Jem stara się unikać ludzi. Nie chce patrzeć w ich twarze i widzieć złowieszczych numerów. Dokładając do tego trudne życiowe doświadczenia, dziewczyna stała się wyrzutkiem bez widoków na przyszłość.
Lecz coś się odmienia, kiedy przychodzi w jedno ze swoich stałych miejsc i spotyka znajomego ze szkoły, Pająka. Numery w jego oczach nie dają mu żadnych szans na życie: zostało mu zaledwie kilka tygodni. Jem próbuje trzymać się z daleka od czarnoskórego chłopaka, ale czas zbliża ich do siebie. Dziewczyna po raz kolejny zada sobie pytanie, czy numery w jej głowie mogą się zmienić...

Narracja powieści została poprowadzona bardzo ciekawie, całą historię przedstawia nam główna bohaterka. Dzięki temu możemy ją lepiej zrozumieć, co przy narracji trzecioosobowej niekoniecznie by się powiodło. Narratorowi w postaci Jem zdarza się zwrócić do czytelnika, przez co ten czuje, jakby bohaterka naprawdę opowiadała mu swoje przeżycia.

Fabule i akcji nie można wiele zarzucić. Czasem pojawia się jakaś nieścisłość logiczna, ale nie powinny mieć one wpływu na odbiór powieści. Zastanawiałem się, czy gdyby pominąć elementy fantastyczne, powieść nadal by działała i myślę, że wciąż byłaby to niezła młodzieżowa lektura. Co prawda numery dodają tu wiele dramatyzmu, ale z początku znajdują się tylko w tle, nie stanowiąc głównej osi powieści.

Numery. Czas uciekać to książka na dobrym poziomie, dostarczy na pewno wielu emocji. Zakończenie również należy uznać za ciekawe i udane. Wątki powieści zostały domknięte (kolejne tomy posiadać będą innych głównych bohaterów), można więc sięgnąć jedynie po ten tom i nie czuć się pozostawionym w środku zdarzeń po skończeniu lektury. Wszystkim zainteresowanym polecam.

Ocena: dobra

czwartek, 6 marca 2014

Dom z papieru

Carlos María Domínguez jest argentyńskim pisarzem i dziennikarzem, od wielu lat zamieszkałym w stolicy Urugwaju, Montevideo. Dotychczas napisał około dwudziestu powieści; w Polsce ukazała się jedna z nich, pod tytułem Dom z papieru.

Dom z papieru jest krótką powiastką mieszczącą się na stu stronach. Opowiada o pewnym wykładowcy, który otrzymuje zaskakującą przesyłkę - zniszczony egzemplarz powieści Josepha Conrada Smuga cienia, który pokrywa warstwa cementu. Przesyłka de facto jest zaadresowana do Blumy Lennon, jego koleżanki z Uniwersytetu Cambridge, lecz ta zginęła właśnie pod kołami samochodu, podczas lektury wierszy Emily Dickinson. Profesor decyduje się na podróż do Urugwaju, skąd pochodzi intrygująca przesyłka, aby dowiedzieć się, jaka historia wiąże się z otrzymaną książką.

Powieść opiera się na ciekawym pomyśle. Na jej stronach przeczytać możemy o miłośnikach książek, których pasja doprowadza do szaleństwa. Każdy bibliofil zrozumie (przynajmniej częściowo) namiętności, które targają bohaterami Domu z papieru. Domínguez ironicznie pokazuje, że książki mogą być wręcz niebezpieczne dla życia. W końcu właśnie przez książkę Bluma straciła swoje. Do czego może posunąć się maniakalny kolekcjoner książek?

Ciekawa tematyka nie pozwoliła mi jednakże wciągnąć się w lekturę na tyle, ile bym od niej oczekiwał. Powiastka napisana jest raczej przeciętnie. Styl nie wywarł na mnie większego wrażenia, nic konkretnego w tym względzie nie zapadło mi w pamięć. I chyba taka właśnie jest dla mnie ta książka. Przeczytana bez większych emocji, z interesującym pomysłem, a jednak bez tej iskry, dzięki której mógłbym zapamiętać ją na dłużej.

Dom z papieru można potraktować jako ciekawostkę. Spodobać się powinna szczególnie molom książkowym, aczkolwiek nie sądzę, aby była to "piękna powieść, stworzona, aby czytać ją bez końca" - jak widnieje na odwrocie okładki. Wydaje mi się, że istnieje wiele innych powieści o książkach, napisanych w ciekawszy sposób.

Ocena: przeciętna