wtorek, 26 kwietnia 2016

Więzień labiryntu

Więzień Labiryntu to pierwszy tom trylogii amerykańskiego autora Jamesa Dashnera, która stała się międzynarodowym bestsellerem i jest uznawana za jedną z najciekawszych książek tego gatunku, obok takich tytułów jak Igrzyska Śmierci czy Niezgodna.

To słowa wydawcy na odwrocie okładki Więźnia labiryntu, z którymi trudno się nie zgodzić. Trylogia zyskała wielką popularność, na jej podstawie nakręcono filmy, powstał także tom opisujący wydarzenia sprzed pierwszej części. Po kilku latach od wydania w końcu miałem okazję sam wyrobić sobie zdanie na jej temat. Z oczywistych powodów moje oczekiwania były spore. Dorównanie błyskotliwością Igrzyskom śmierci to z pewnością wyzwanie, jednak przebicie Niezgodnej nie wydawało się w mojej opinii wielkim wyczynem. Jakie wrażenie wywarł więc na mnie Więzień labiryntu?

Powieść rozpoczyna się natychmiastowym wprowadzeniem w akcję. Główny bohater, kilkunastoletni chłopak, budzi się w windzie całkowicie pozbawiony pamięci. Jedyne co jest w stanie sobie przypomnieć to własne imię - Thomas. Gdy winda się zatrzymuje, Thomas zostaje z niej wyciągnięty przez grupę chłopaków, którzy wyjaśniają mu, że trafił do Strefy, otoczonej przez olbrzymi labirynt, w którym czają się krwiożercze kreatury. Zdruzgotany Thomas próbuje dowiedzieć się więcej o miejscu, do którego trafił, jednak mieszkańcy Strefy nie są skorzy do wyjaśnień. Każdy z nich wykonuje określoną rolę, od gotowania posiłków, przez sprzątanie, aż do szukania wyjścia z labiryntu, której to roli podejmują się najodważniejsi. Właśnie do tego zadania Thomas od samego początku czuje powołanie. Wraz z innymi próbuje znaleźć odpowiedź na nurtujące pytania: kim są, jak znaleźć wyjście z labiryntu i co czeka ich za nim?

Pomysł Dashnera na książkę to z pewnością strzał w dziesiątkę. Próba wydostania się z miejsca wydającego się nie mieć wyjścia i setki pytań bez odpowiedzi zachęcają do zapoznania się z bohaterami książki. Sam przebieg historii też został dopracowany, pojawia się sporo napięcia i kilka interesujących zwrotów akcji. Niestety trudno znaleźć zalety, kiedy przechodzi się do omówienia pozostałych elementów.

Największą bolączką Więźnia labiryntu jest paradoksalnie sam autor. Świetny pomysł to rzecz jasna za mało, by stworzyć książkę na wysokim poziomie. Styl Dashnera jest niezgrabny, co odbija się na płynności czytania. Dialogi sprawiają wrażenie bardzo nienaturalnych. Często naprawdę trudno wyobrazić sobie, że któryś z bohaterów mógłby wypowiedzieć niektóre słowa. A skoro już o słowach mowa, warto wtrącić uwagę o nietypowym sposobie autora na wulgaryzmy.
Mieszkańcy Strefy wykształcili własny, niespotykany slang, który może budzić pewne zastrzeżenia. Opiera się on w większości na zwykłych wulgaryzmach, którym nieznacznie zmieniono głoski. I tak bohaterowie co rusz krzyczą purwa, wyzywają się od krótasów i pytają, czy ktoś nie robi ich w fuja. Być może w ten sposób autor chciał oddać naturalizm chłopięcych rozmów, obchodząc sprytnie przeszkody, ale czy faktycznie można uznać to za stosowne, kiedy czytelnik i tak doskonale czuje wydźwięk tych słów?

Nie spodobały mi się też niektóre decyzje Dashnera, np. ta dotycząca jednego z bohaterów imieniem Chuck. Był to chłopiec, któremu Thomas przyrzekł, że odnajdzie drogę do domu. Niestety chłopiec został przez autora potraktowany wybitnie bezdusznie, gdyż zdawał się być tylko pionkiem, mającym wywołać określone emocje w głównym bohaterze. Jeśli autor potrzebował, by Thomas wybuchł złością, rozpaczą czy wykazał jakiekolwiek inne uczucia - proszę bardzo, jest Chuck, którym można posłużyć się w tym celu, a co się dzieje przy tym z nim samym, wydaje się być całkowicie nieistotne.

To wszystko sprawiło, że lektura powieści bardziej przypominała mi Niezgodną, aniżeli Igrzyska śmierci. Wraz ze zbliżającym się końcem książki, kolejne wydarzenia zaczęły irytować i całość uratował chyba tylko epilog, który przewraca wszystko do góry nogami. Zapowiedź następnego tomu daje nadzieję na kolejne niespodziewane epizody.
Więzień labiryntu nie jest złą książką, nie można jednak powiedzieć, że to powieść dla każdego. Jest to typowa młodzieżówka, która raczej nie zachwyci starszych, natomiast samą młodzież przyprawi o pożądany dreszczyk emocji.

Ocena: dobra

5 komentarzy:

  1. Jakoś ominął mnie szał na tę książkę, jednak nie mówię nie, gdyby trafiła się okazja, mogłabym ją przeczytać. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Przeczytałam całą tę serię i stwierdzam, że jest jedną z moich ulubionych serii. Najlepsza według mnie była szybka akcja, oryginalna fabuła i dobrze wykreowani bohaterowie. Przyznaję, język wydaje się na początku dziwny, jednak potem można się przyzwyczaić :) Ta seria wywołała u mnie bardzo dużo różnych emocji (od płaczu, aż po śmiech), a u mnie to dość trudne. Polecam wszystkim ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam książkę, język Streferów bardzo mi odpowiadał. Moim zdaniem bliżej jednak do Igrzysk :D

    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. http://www.pangrodzki.pl - blog artysty, pisarza

    Zobacz moją nową książkę science-fiction i muzykę elektroniczną oraz obrazy olejne na płótnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem ciekawa jak będzie się miała motoryzacja za 30-40 lat. Już przed 2000 rokiem snuło się teorie na temat bezobsługowych samochodów, poruszających się z punktu A do punktu B bez udziału kierowcy :-) Miało się to nijak do rzeczywistosci. Dzisiaj oprócz designu producenty prześcigają się w coraz mniejszym "teoretycznym" spalaniu auta, oraz w maksymalizacji różnych niepotrzebnych systemów przez które nierzadko trzeba odwiedzać autoryzowane serwisy. Moim zdaniem motoryzacja porusza się trochę nie tą ściążką którą naprawdę powinna... Wyniki spalania często fałszowane itp. :-(

    OdpowiedzUsuń

Bardzo zależy mi na Waszych komentarzach. Jeśli już tu trafiłeś/aś, pozostaw proszę po sobie choć słówko :)