niedziela, 29 grudnia 2013

Atramentowe serce

Cornelia Funke jest znaną niemiecką autorką książek dla młodzieży. W dzieciństwie czytałem jedną jej książkę (był to Król Złodziei), która spodobała mi się na tyle, że postanowiłem sięgnąć po inne jej powieści. Dopiero po wielu latach udało mi się to uczynić. Oto pierwszy tom popularnej trylogii, zatytułowany Atramentowe serce.

Maggie to dwunastoletnia dziewczynka, która żyje wraz z ojcem, nazywanym przez nią po prostu Mo. Matka Maggie zniknęła 9 lat temu i dziewczynka już dawno się z tym pogodziła. Całym jej światem są książki, a pasję tę przeszczepił jej ojciec, zawodowo zajmujący się introligatorstwem.
Pewnej nocy odwiedza ich dziwny mężczyzna, by ostrzec przed czymś Mo. Maggie nie może znieść, że ojciec skrywa przed nią jakieś sekrety. Nic nie wyjaśniając dziewczynce, nazajutrz decyduje o wyjeździe na południe. Okazuje się, że w wyniku wypadków zaistniałych w przeszłości, na Mortimera wciąż czyha niebezpieczeństwo, a Maggie wkrótce pozna całą prawdę.

Co z pewnością można powiedzieć to to, że autorka posiada bardzo dobry warsztat. Używa różnych konstrukcji, przez co styl powieści jest urozmaicony. Doskonale rozumie potrzeby dzieci i poprzez postępowania i myśli Maggie odpowiednio je odwzorowuje.

Fabuła nie do końca mnie wciągnęła. Pomysł, na którym opiera się Atramentowe serce jest ciekawy - nie chcę zdradzać go tym, którzy nie przeczytali książki, ale wiąże się on z faktem, dla którego ojciec Maggie, mimo miłości do książek, nigdy nie przeczytał córce ani kawałka na głos. Największą jednak bolączką tej pozycji jest jej rozwlekłość. Powieść jest zdecydowanie za długa. Wiele fragmentów spokojnie można by opuścić, a opisy skrócić.

Spodziewałem się czegoś bardziej fascynującego, jednak Atramentowe serce mojej miłości sobie nie zaskarbiło. Jest to dość przyjemna książka, lecz nie zaskakuje swoją treścią. Może jedynie niektórzy bohaterowie, jak np. Smolipaluch, zasługują chociażby na napomknięcie, gdyż tu autorce udało wykreować się oryginalną i niepowtarzalną postać. Ogółem - powieść stoi na przyzwoitym poziomie, ale niektórych historia w niej zawarta nie porwie.

Ocena: przeciętna

piątek, 27 grudnia 2013

Aktualności - grudzień 2013

Święta minęły i wszystko powoli wraca do normy. Mam nadzieję, że spędziliście ten czas radośnie, wspólnie z rodzinami i przyjaciółmi.
Zbliża się koniec roku, a więc czas podsumowań! Jak oceniacie ten rok? Dla mnie okazał się bardzo dobry, także pod względem książkowym :) 
Niedawno blog przekroczył liczbę stu obserwatorów, za co serdecznie Wam dziękuję! W najbliższym czasie postaram się dodawać recenzje nieco częściej, bo nazbierało się sporo zaległości. Po nowym roku zamieszczę podsumowanie podobne do tego sprzed roku. Mam zamiar także zorganizować wreszcie jakiś mały konkurs, a więc czekajcie cierpliwie (i obym tej cierpliwości nie nadużył :P).
Życzę Wam już teraz, aby kolejny rok przyniósł Wam wiele radości i emocji związanych z książkami! I oby udało przeczytać się jeszcze więcej jeszcze ciekawszych powieści. Trzymajcie się ciepło!


A teraz pochwalcie się, dostaliście jakieś książki pod choinkę? :)

czwartek, 19 grudnia 2013

Między młotem a piorunem

To jest recenzja trzeciego tomu Kronik Żelaznego Druida. Recenzje poprzednich tomów: Na psa urok, Raz wiedźmie śmierć.


Atticus O'Sullivan powraca w kolejnej części Kronik Żelaznego Druida. Między młotem a piorunem Kevina Hearne'a tym razem koncentruje się na mitologii nordyckiej. Mitologia ta jest bardzo popularna, na pewno więc zachęci niektórych czytelników do sięgnięcia po serię o 2100-letnim druidzie.

W końcu nadszedł czas pogromu Thora. Okrutny bóg piorunów wyrządził w przeszłości wiele krzywd przyjaciołom Atticusa i teraz, w ramach spłaty długu, druid musi pomóc im w jego zagładzie. Plan jest na tyle szalony, że nie obejdzie się bez ostrzeżeń, choćby ze strony... Jezusa. Wyprawa do Asgardu z żądnymi krwi Thora przedstawicielami różnych gatunków (m.in. wilkołaka i wampira) to główny trzon trzeciej części Kronik Żelaznego Druida, ale na Atticusa czyha jak zwykle wiele innych niebezpieczeństw. Ponadto jego nowym obowiązkiem jest nauka Granuaile na druidkę, a więc wypadałoby przeżyć przez kolejne 12 lat. Ale czy zemsta na Thorze nie jest zbyt odważnym krokiem?

Między młotem a piorunem odrobinę różni się od poprzednich tomów. Tym razem druid wyrusza na daleką wyprawę, podczas której dowie się wiele o swoich przyjaciołach z Tempe. Ponownie wiele humoru wprowadza Oberon, pies Atticusa, z którego odzywek nie można się nie śmiać. Druga połowa powieści jest natomiast o wiele bardziej dramatyczna. Nie ma tam już miejsca na żarty. Druid obiecał pomóc w zemście na Thorze, lecz dopadają go wątpliwości, czy to aby na pewno dobry pomysł. Objawia się też jego inne oblicze, podczas wspomnień o swojej miłości, którą utracił setki lat temu.

Kevin Hearne doskonale spełnia się w pisaniu Kronik Żelaznego Druida. O jego dowcipności możemy przekononać się już z wskazówek dotyczących wymowy nordyckich nazw zawartych na wstępie. Autor dba o fakty historyczne i widać, że dysponuje sporą wiedzą na temat historii. Zabrakło mi jedynie paru dodatkowych informacji o Asgardzie i mitologii - albo mi gdzieś umknęły, albo po prostu autor ich nie umieścił.

Wielbicieli rudego Irlandczyka tworzącego magiczne sploty chyba nie trzeba przekonywać, innych natomiast zachęcam do zapoznania się z przygodami Atticusa. Co prawda dwa poprzednie tomy podobały mi się bardziej, ale może jest to kwestia tematyki Między młotem a piorunem. Za to tych, których interesuje mitologia nordycka, na pewno zadowoli to inne, ciekawe spojrzenie na całą rzecz. To dobra i niesztampowa fantastyka!

Ocena: dobra

czwartek, 12 grudnia 2013

Mechaniczny anioł

Książki Cassandry Clare cieszą się wielką popularnością. Sam nie miałem nigdy okazji sprawdzić na sobie, czy jej powieści faktycznie pochłaniają czytelnika. Na szczęście dzięki wspaniałemu Mikołajowi w końcu udało mi się przeczytać Mechanicznego anioła, pierwszy tom trylogii Diabelskie maszyny.

Londyn 1878, czasy wiktoriańskiej Anglii. Do stolicy z odległego Nowego Jorku przybywa szesnastoletnia Tessa Gray. Jej brat od pewnego czasu przebywa w Londynie i to właśnie dla niego Tessa pokonuje ocean. Niestety już w porcie czeka ją przykra niespodzianka. Nieświadoma niebezpieczeństwa zostaje porwana przez Mroczne Siostry, dwie czarownice. Okazuje się, że Tessa skrywa nadzwyczajną moc przemiany, której pożąda tajemniczy Mistrz. Wkrótce dowiaduje się o istnieniu Podziemnego Świata (czarownic, wampirów, wilkołaków i faerie) oraz Mrocznych Łowców - Nefilim sprawujących pieczę nad światem Podziemnych.

Clare położyła duży nacisk na charakter postaci i relacje pomiędzy bohaterami. O każdym z nich dowiadujemy się stopniowo coraz więcej, co okazało się zaskakująco przyjemne. Nie sądziłem nawet, że interesujące rozmowy bohaterów okażą się dla mnie ciekawsze, niż sceny akcji! Dialogi są błyskotliwe i naturalne, nie brakuje w nich mądrości oraz szczypty humoru.

Wątek romantyczny z początku niczym nie zaskakuje. Wydaje się, że przypomina zwykły, schematyczny romans z powieści paranormal romance. Jednakże rozwija się on dość spokojnym tempem i kończąc pierwszy tom czytelnik wciąż nie wie, jak owy wątek się zakończy.

Świat przedstawiony w powieści został bardzo ciekawie odwzorowany. Autorka za tło podstawia prawdziwe miejsca Londynu, możemy więc poczuć jego mglistą atmosferę. Znajdziemy tu też elementy steampunku - tytuł trylogii od czegoś w końcu się wziął.

Diabelskie maszyny w końcu zyskały nową szatę graficzną - chyba większość się ze mną zgodzi, że nowe okładki są o niebo lepsze od poprzednich. W środku wydania niestety wciąż natknąć się można na wiele literówek. Najważniejsze jednak, że z powieści czerpie się przyjemność. Cassandra Clare udowadnia, że jest dobrą autorką, od której pisania mogłyby się uczyć inne autorki gatunku. Z pewnością Mechaniczny anioł jest godny polecenia.

Ocena: dobra

czwartek, 5 grudnia 2013

Manitou

Czasami zdarza mi się sięgnąć po jakąś książkę zupełnie spontanicznie, bez żadnego przemyślenia. Tak właśnie postąpiłem z Manitou. O autorze wcześniej słyszałem, ale nie wiedziałem nic na temat jego książek. Niemal przypadkowo zajrzałem na tył okładki jednej z jego powieści, gdzie znalazłem krótki opis - coś o indiańskiej magii i nadprzyrodzonych mocach. Ponieważ z podobną historią nie miałem jeszcze do czynienia, rozpocząłem lekturę debiutu Grahama Mastertona pod tytułem Manitou.

Harry Erskine to jasnowidz zamieszkały w Nowy Jorku. No, może moce głównego bohatera nie do końca odpowiadają wyobrażeniom jego klientów, ale najważniejsze, że Harry ma stałe źródło utrzymania. Wszystko układa mu się jak najlepiej, do czasu aż przybywa do niego młoda kobieta, Karen Tandy. Na jej karku z zatrważającą szybkością rośnie dziwny guz, a lekarze nie są pewni z czym mają do czynienia. Karen postanowiła więc zapytać o radę kogoś, kto zna się na nadnaturalnych przypadkach. Widząc powagę sytuacji i zagrożenie życia kobiety, Harry sprowadza prawdziwych specjalistów. Tymczasem guz powiększa się do ogromnych rozmiarów. Podejrzenie pada na próbującego odrodzić się indiańskiego szamana Misquamacusa. Zagrożona jest więc nie tylko Karen, ale i cały Nowy Jork.

Tak naprawdę nie spodziewałem się niczego niezwykłego po tej książce, ale muszę przyznać, że jest to całkiem dobry horror. Kiedy rozpoczyna się właściwa akcja, autor żongluje makabrycznymi scenami, od których ciarki mogą przejść po plecach. Bardzo ciekawym konceptem było oparcie powieści o indiańską magię. By przeciwdziałać złu, konieczne jest przyzwanie odpowiednich demonów.

Główna postać to tradycyjny bohater próbujący ratować wszystko za wszelką cenę. Nie jest wszechmocny, ale w zwycięstwie pomagają mu inni. Ta wygrana jest jednak niepewna. Indiański szaman posiada olbrzymią moc, z którą niezwykle trudno walczyć. Wydaje się, że sytuacja jest skrajnie beznadziejna, tym bardziej, że nie wszyscy chcą wierzyć w istnienie pradawnych demonów.

Manitou rozpoczyna cykl o Harrym Erskine, jego przyjacielu Śpiewającej Skale i ich przeciwniku Misquamacusie. Prostota fabuły sprawdza się tu w zadowalającym stopniu, a powieść czyta się z zaciekawieniem. Co prawda rozwiązanie problemu zdało mi się trochę dziwne, ale na to da się przymknąć oko. Może nie zostanę fanem Mastertona, natomiast z ciekawością zajrzę do kolejnego tomu, bo ten wywarł na mnie całkiem pozytywne wrażenie.

Ocena: dobra